Tak, wiem. Czasem się nie da. Terminy gonią, może jest opóźnienie, może coś się wydarzyło (gorący okres w pracy, tydzień bez komputera, nieprzewidziane problemy ze zdrowiem, może ważne sprawy do załatwienia, które wyłączyły nas z pracy). A może źle obliczone siły na zamiary. Albo pieniądze bardziej potrzebne niż czas wolny.
Jasne, tak bywa, gdy pracujesz na swoim, u mnie też są takie momenty. Ale jeśli przestają być anomalią, a stają się normą – pracujemy bez czasu na odpoczynek non stop, bez wolnych dni, bez wolnych wieczorów, a „gorący okres w pracy” trwa przez dziesięć na dwanaście miesięcy w roku, to znaczy że warto zastanowić się dlaczego i czy rzeczywiście tak musi być.
Wiem co sobie teraz myślisz, jeśli tak właśnie wygląda Twoja codzienność: że zmiana nie jest możliwa. Ale jest i sama się o tym przekonałam, choć wydawało mi się, że nie ma innego scenariusza. A warto go szukać, bo czasem cena (np. za perfekcjonizm) jest zbyt wielka.
Najtrudniejsze w odpoczywaniu
Co jest najtrudniejsze w odpoczywaniu na freelansie? Wszyscy myślą, że znalezienie czasu. Ale nie. Najtrudniejsze jest danie sobie prawa do odpoczynku. A my, freelancerzy, z różnych powodów sobie go nie przyznajemy, a czasem nawet nie akceptujemy takiej potrzeby, jakbyśmy byli nadludźmi.
Gdzieś między „jeśli kochasz to, co robisz, to nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia” a „bez pracy nie ma kołaczy”, straciliśmy naturalny instynkt – nieprawdziwe przekonania tak bardzo weszły nam w krew, że potrafimy nawet poczuć się winni z powodu wolnego dnia, wolnego wieczoru.
Teoretycznie wiadomo – odpoczynek jest ważny, bla bla bla. I dla naszego zdrowia i samopoczucia, i dla dobra marki – w końcu wypoczęci pracujemy lepiej, efektywniej. A jednak, gdy przychodzi co do czego i na horyzoncie pojawia się wizja odpoczynku – zbliża się weekend, wakacje lub po prostu dzień wolny, pojawiają się… wyrzuty sumienia.
„Dziewczyny! Czy któraś też ma tak, że niby w weekend odpoczywa sobie, a ma wrażenie, że zmarnowała kolejne 2 dni swojego życia na lenistwo?”
To pytanie zadane na jednej z facebookowych grup dotyczących biznesu i zarządzania sobą w czasie. True story. Też byłam w tym punkcie i czułam to samo. Wewnętrzny krytyk kontrolował sytuację.
Grzecznie więc pracujesz, a kiedy już (np. na prośbę bliskich lub zdrowego rozsądku) zmusisz się do odpoczynku, pojawia się poczucie zmarnowanego czasu, rozczarowanie sobą i swoją bezproduktywnością, poczucie winy, a czasem i złość na samego siebie, fomo, brak koncentracji na tu i teraz, myślami bycie w przyszłości lub innej przestrzeni (przy obowiązkach), przez to czas rozmywający się, uciekający przez palce. To po co odpoczywać, jeśli tak to ma wyglądać.
Ale nie musi.
6 powodów, dla których nie pozwalasz sobie na odpoczynek
Bo kocham swoją pracę
Od kiedy jesteś freelancerem? Od tygodnia? No dobra, sama długo sądziłam, że jeśli kocham to, co robię, i chcę się w tym rozwijać, powinnam całą energię wkładać w tę dziedzinę. Bo przecież „jeśli kochasz to, co robisz, to nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia”. Od czego chcesz więc odpoczywać, Aneta?
To hasło wymyślił chyba ktoś, kto nigdy nie kochał swojej pracy. W przeciwnym wypadku wiedziałby, że właśnie wtedy, gdy kochasz, jesteś skłonny do wyrzeczeń i poświęceń – akceptujesz większą odpowiedzialność, dłuższą czy intensywniejszą pracę, brak stabilizacji finansowej, trudność w zaciągnięciu kredytu hipotecznego, brak L4 i płatnych urlopów, kompleksowość zadań, etc. i po prostu odpoczynek, zarówno fizyczny jak i psychiczny, jest KONIECZNY, by nie zwariować.
Są pewne niedogodności, na które godzisz się, jeśli chcesz robić to, co uważasz, że warto robić. I jeśli bilans zysków i strat, niekoniecznie tych materialnych, dalej jest dla Ciebie dodatni, robisz to bez mrugnięcia okiem i wszystko jest ok. Ale to nie znaczy, że nie możesz czuć się zmęczony, ani że praca zawsze, ale to zawsze jest przyjemnością, na którą masz akurat siły i ochotę.
Masz prawo do odpoczynku, niezależnie od tego, czy kochasz to, co robisz.
Przeczytaj również: Jak umilić sobie pełnoetatową pracę w domu i nie zwariować?
Bo szanuję wartość pieniądza
Przez wielu ludzi przepracowanie freelancerów nadal kojarzone jest z pełnym kontem. Gdy ktoś proponuje spotkanie, a Ty odpowiadasz, że w tym momencie masz bardzo dużo pracy, standardem jest: „Super! Znaczy, że biznes się kręci! Się zarabia, ho ho ho, gratulacje!” lub „Tak sobie wybrałaś, ale przynajmniej masz więcej kasy”.
Owszem, też się cieszę, że mam zlecenia, ale w rzeczywistości przepracowanie nie zawsze związane jest z gratyfikacją finansową ponad potrzeby. Czy powiesz do pracownika na etacie: „super, że musisz zostawać po godzinach, to znaczy że biznes się kręci, moje gratulacje”? No właśnie.
Czasem więc pracujemy dużo, by zapewnić sobie stabilizację finansową, a nie nadwyżkę pieniędzy. Jeśli tak jest, a pracy co niemiara, to sygnał, że trzeba pomyśleć nad zmianami. Owszem, dasz radę przez rok, a może i kilka lat. Jeśli traktujesz ten czas jak inwestycję w swój biznes czy swoje umiejętności – wszystko jest w porządku. Ale w końcu przychodzi taki moment, że dalsza praca na tych warunkach nie ma sensu. Nie ma sensu wpisywać przepracowania w koszty.
Może też być tak, jak w przywoływanym wyżej scenariuszu: trudno zaakceptować Ci rezygnację ze zlecenia, nawet jeśli i bez niego masz zapewnioną stabilizację finansową. Odrzucanie potencjalnego zarobku kojarzy Ci się z niczym nieusprawiedliwioną rozrzutnością lub brakiem szacunku do pieniędzy. Jeśli tak czujesz, przyjrzyj się dobrze, bo w rzeczywistości wszystko jest w głowie. Może ciągłe rezygnowanie z możliwości odpoczynku, by zapewnić sobie dodatkowe przychody też wskazuje na brak szacunku, ale do swojego ciała, które pracuje dla Ciebie na pełnych obrotach.
Zrozummy się jednak dobrze: nie chodzi o rezygnowanie ze zleceń, gdy pieniędzy brak. Chodzi o taką optymalizację produktu czy usługi (lub pracy nad produktem lub usługą), żeby odpoczynek był możliwy.
Bo brak kroku naprzód to krok do tyłu
Bywa, że jesteśmy już tak zafiksowani na tym, że powinniśmy nieustannie biec, zdobywać, nie zostawać w tyle za konkurencją, że każdy dzień wolny odczytujemy jak stratę. Bo czasu nie zatrzymamy, on biegnie niezależnie czy wykorzystujemy go na pracę czy na relaks.
W efekcie czujemy się cholernie winni, ilekroć odpoczywamy. Bo POWINNIŚMY dążyć do rozwoju, zwiększania kompetencji, zwiększania wartości – w końcu czas się nie zatrzyma, a konkurencja nie śpi. Pojawiają się myśli: „kurcze… może zamiast czytać książkę, powinienem zrobić to, co mam zaplanowane na jutro. Może zamiast łazić bez sensu po parku/lesie/mieście, wezmę się za reklamę, rozwijanie biznesu, doskonalenie wiedzy, kompetencji, języków. A jak już czytam, to… czemu nie Podręcznik startupu, zamiast jakichś głupich książek dla rozrywki”.
A jeśli potrzebujemy się zatrzymać to znaczy, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy lub może tylko wydawało nam się, że kochamy swoją pracę. Więc nie potrzebujemy się zatrzymywać. Proste. Jesteśmy zwycięzcami.
Fomo. Fear of missing out. Tak jak w Internetach, tak w życiu. Już stoicy rozumieli ten problem i dlatego doradzali życie w teraźniejszości.
Czy więc mierzysz sobie pobyt w Rzymie i duszą rwiesz się do Aten? A kiedy będziesz już musiał umrzeć, czy i wtedy z płaczem zwrócisz się do nas, że już nie dane ci będzie nigdy zobaczyć Aten?
– Epiktet (50-130 r.), Diatryby, III. 24.
Wymyśliliśmy sobie straty. W rzeczywistości te domniemane straty nie istnieją. Czasem paradoksalnie, krok na przód oznacza kolejne dwa do tyłu. Bo jesteśmy przepracowani, bo zacznie strajkować nasze ciało, umysł lub nasze „ja”. Podważymy wtedy, czy na pewno jesteśmy na właściwym miejscu, czy jesteśmy wystarczająco dobrzy. I odpowiedź będzie oczywiście negatywna.
Czasem wystarczy zwolnić, a nawet zatrzymać się. Złapanie oddechu pozwala pomyśleć, nabrać dystansu, kontynuować drogę mądrzej i na ustabilizowanym tętnie. W ten sposób jesteśmy w stanie dotrzeć dalej.
Przeczytaj również: Jak uciec przed życiowym FOMO?
Bo jestem „jakiś”
To znaczy masz o sobie konkretne mniemanie, do którego dopasowujesz zachowania. Jeśli uważamy siebie za pracowitych, zdeterminowanych i ultratwardych (lub wiemy, że jesteśmy tacy w mniemaniu innych), trudniej nam będzie dać sobie pozwolenie na odpoczynek.
To syndrom geniusza – geniusz wie, że jest geniuszem lub że… w wyniku pomyłki jest postrzegany jako geniusz. I dlatego stawia przed sobą większe wymagania i nie pozwala sobie na błędy czy pomyłki, a jeśli się zdarzą, są prawdziwą tragedią – odczuwa wtedy poczucie winy (w końcu jako geniusz powinien sprostać tym wymaganiom) lub wstyd i strach przed zdemaskowaniem (inni zobaczą jaka jest prawda).
W rzeczywistości jednak to wszystko etykietki. Nie jesteś ani pracowity, ani leniwy (co najwyżej sumiennie pracujesz lub się lenisz!). Twoje zachowania nie są Twoimi cechami, Twoim jestestwem. Pozwalając sobie na odpoczynek, nie pozbawiasz się umiejętności wytężonej pracy, gdy jest Ci potrzebna. „Wszystko albo nic” nie istnieje, choć łatwo o tym zapomnieć.
Przeczytaj również: Jaki jesteś i dlaczego to nieprawda?
Bo i tak będę myśleć o pracy
Pamiętam jak w dzieciństwie miałam gasić światło o 21:00, ale od święta rodzice pozwalali mi posiedzieć piętnaście minut dłużej. Uau, ile to jest czasu dla dziecka – cała wieczność! Byłam szczęśliwa słysząc, że trafił mi się dodatkowy kwadrans, a jednak tak bardzo czułam jak upływa, że nie potrafiłam go wykorzystać. Nerwowo zerkałam na zegarek, a w mojej głowie była tylko myśl: „za trzynaście, dziesięć, siedem minut już muszę odłożyć książkę i zgasić światło. Jaka szkoda!” Byłam już w przyszłości, w tym smutnym dla mnie momencie pójścia spać. 😉
Zdarza się, że nawet gdy fizycznie oderwiemy się od pracy, myślami jesteśmy w przyszłości, w momencie powrotu do niej – już myślimy ile obowiązków nam się nagromadzi, ile wiadomości od klientów nadejdzie, jakie nowe problemy do rozwiązania się pojawią. Czy sobie poradzę, czy stanę na wysokości zadania, jak to zrobię? Jaki będzie mój następny krok? A co jeśli…? Zamartwiamy się, zamiast cieszyć się czasem wolnym, zupełnie jak ja zamartwiałam się upływającym kwadransem.
W efekcie ani nie odpoczniemy, ani nie zmienimy przyszłości. Faktycznie zmarnujemy ten czas. Dlatego tak ważne jest pielęgnowanie umiejętności bycia tu i teraz – osadzenia się w teraźniejszości. To trudne i nie zawsze wychodzi, zwłaszcza jeśli mamy dużo na głowie. Ale można tę umiejętność ćwiczyć.
Możesz korzystać z medytacji, możesz zerować się wśród natury (łatwiej!), możesz po prostu zmienić przestrzeń, odejść do komputera, wyjść z domu, wyjechać za miasto. Możesz starać się poczuć zmysłami to, co Cię otacza, wsmakować się w to co jesz lub pijesz. Uważnie patrzeć na ludzi, z którymi spędzasz ten czas, po prostu dać im swoją uwagę, uważnie obserwować siebie i swoje myśli.
Brzmi… hm… sztampowo. 😉 Ale pomaga. Nauka efektywnego odpoczywania in progress…
Przeczytaj również: 9 zalet uważności, czyli co daje bycie „tu i teraz”?
Ale ja naprawdę nie mam czasu!
Czasem jest i tak i nie zawsze możliwa jest rezygnacja ze zleceń, które sprawiają, że pracujemy po nocach. Czasem rozwiązanie jest zupełnie gdzie indziej. To najtrudniejsza z sytuacji, bo wymaga nie tylko zmiany myślenia, ale również wprowadzenia zmian w naszej pracy, ofercie, produkcie czy usłudze. Często również odrzucenia perfekcjonizmu. Samo znalezienie alternatywnych rozwiązań bywa bardzo, bardzo trudne.
Dla mnie też nie było to łatwe doświadczenie, ale z perspektywy czasu mogę Cię zapewnić, że było warto (a jednocześnie nigdy nie było innej możliwości – po prostu do tego nieuchronnie zmierzałam pracując po nocach). Wreszcie musiałam pomyśleć o optymalizacji i pożegnać się z perfekcjonizmem i idealistyczną wizją pracy. Mi najbardziej pomogło usprawnienie procesu i optymalizacja produktu – w Twoim przypadku może być to kwestia innych czynników.
Na co zwrócić uwagę, jeśli naprawdę, NAPRAWDĘ nie masz czasu:
– na możliwość delegowania – nie musisz zatrudniać, by delegować. Podzlecaj te zadania, które nie wymagają Twojej osobistej ingerencji, kupuj gotowe, płać za usługi, zamiast uczyć się nowego od A do Z. Będzie wykonane szybciej i lepiej, a Twój czas może być warty więcej od kosztów. Zleć prowadzenie księgowości, naprawę komputera, zbudowanie strony internetowej, przepisywanie tekstów, projektowanie ulotek, etc. – wszystko to, w czym czujesz się niepewnie, a kosztuje Cię to dużo czasu i uwagi.
– na możliwość rezygnacji z jakieś sfery działalności – nie musisz być od wszystkiego. W każdym biznesie przychodzi taki moment, że trzeba zawęzić pole działania, by działać lepiej i efektywniej. Zwykle okazuje się, że nie wszystkie zlecenia cieszą w równym stopniu, niektóre są bardziej czasochłonne od innych lub sprawiają mniej radości, a nie wiąże się to z proporcjonalnie wyższym wynagrodzeniem. Czasem wykonanie jednego z oferowanych produktów jest kilka razy bardziej czasochłonne, a jednocześnie przynosi najmniej zysków. Odpuść. I skup się na esencji swojej działalności. Na tym, co robisz najlepiej, co daje Ci największą satysfakcję i wymaga od Ciebie najmniejszych poświęceń. O moich rezygnacjach, także w sferze biznesu, przeczytasz tutaj: 3 rzeczy, z których zrezygnowałam | 1/2017.
– na możliwość rezygnacji z części zleceń – czy to nie byłoby piękne: podejmować się wyłącznie najciekawszych zleceń? Warto dążyć do tego, by móc wybierać jedynie te, które nas satysfakcjonują. Wpływ na to ma zarówno cena, jak i jakość, jaką oferujemy, na to się pracuje latami. Ale kiedy już jesteśmy w tym miejscu, miejmy świadomość, że nie musimy podejmować się absolutnie każdego zlecenia, nie musimy też konkurować ceną. Czasem warto zrezygnować z podjęcia współpracy również wtedy, jeśli podejrzewamy, że rodziłaby więcej stresu niż satysfakcji, dla obu stron.
– na lepsze zarządzanie czasem – zdarza się, że to nie w naszej ofercie ani liczbie zleceń tkwi problem, ale w naszym zarządzaniu czasem. A poprawiać swoją wydajność można na wiele sposobów – grupować podobne zadania, stosować multitasking, jeśli ma sens (osobiście uważam, że są sytuacje, gdy jest wspaniałym wyjściem), wypracować własne metody na produktywność i motywowanie się do długiej i wytężonej pracy (ja np. obrabiam zdjęcia słuchając audiobooków, które nie pozwalają mi się nudzić). O tych, wypracowanych przeze mnie, przeczytasz tutaj: O motywacji bez przymusu i tutaj: Jak realizować duże cele bez wsparcia samodyscypliny. Dobre treści do słuchania polecam w cyklu Czego słuchać w trakcie pracy.
– na możliwość optymalizacji procesu – może warto wydać trochę pieniędzy na lepszy i szybszy komputer lub program, który usprawni naszą pracę, dokupić RAM lub wymienić procesor, by zaoszczędzić trochę czasu. Może zmiana kolejności procesów wyeliminuje przestoje czasowe, które spędzamy bezproduktywnie, a które męczą i odbierają nam flow? W moim przypadku wiele czasu (i spokoju) pomaga mi zaoszczędzić zbiorowy eksport plików RAW do plików .psd, które później lądują w Photoshopie, w stosunku do eksportowania każdego zdjęcia osobno i czekania na każdorazowe zapisanie się pliku. Czas potrzebny na ich zapisanie mogę poświęcić na inne obowiązki lub zrobić sobie przerwę. Drobiazgi pozwalają zaoszczędzić ogrom czasu. Możesz przeczytać też o moich sposobach na optymalizację czasu w prowadzeniu bloga.
– na możliwość optymalizacji produktu – zwykle przez 20% czasu, który przeznaczamy na pracę nad produktem, osiągamy 80% jego wartości. Przez pozostałe 80% czasu szlifujemy ostatnie 20% wartości. Jasne, niektórzy klienci docenią te dwadzieścia dodatkowych procent. Dla większości jednak będzie to (uwaga: zaboli) bez znaczenia, a wybrani zarzucą zbyt długi czas wykonywania usługi. Sprawdź jak wyglądałby Twój produkt, gdyby na pracę nad jakością poświęcać mniej czasu. Czy strata w oczach klienta byłaby duża? Komu bardziej zależy na tych ostatnich 20% jakości, zajmujących 80% czasu: Tobie czy Twoim klientom?
A jak Tobie idzie odpoczywanie w pracy na swoim? 🙂
Daj znać, czy te problemy znasz z autopsji i czy Twoja działalność wymagała wprowadzenia podobnych usprawnień. W jakim punkcie jesteś dzisiaj? A może dopiero zaczynasz i te zmiany są jeszcze przed Tobą? Jestem bardzo ciekawa.
Założę się też, że lista potencjalnych rozwiązań jest dużo, dużo dłuższa. Jeśli masz swoje sposoby na wydzielenie czasu wolnego pracując dla siebie lub optymalizację pracy, pisz śmiało. Będę Ci bardzo wdzięczna za każdą inspirację. 🙂
Jeśli chcesz wiedzieć jak obecnie wygląda moje podejście do odpoczynku na freelansie, zapraszam do ostatniego Miesiąca w skrócie. 🙂
Jeśli artykuł Ci się podobał, możesz polubić fanpage Zenbloga i śledzić blog w serwisie Bloglovin’ i na Instagramie. Będzie mi bardzo miło, jeśli dołączysz do grona obserwujących lub podzielisz się tym wpisem z innymi!
Mogą Cię zainteresować również: