Jak przestać wkurzać się na innych (i czy to w ogóle jest możliwe?)

Są ludzie, którzy nieustannie chodzą tak wkurzeni, że stało się to ich nawykiem, innym zdarza się to tylko w szczególnie „sprzyjających” okolicznościach. Niezależnie od częstotliwości, zawsze chodzi o to samo – o naszą niezaspokojoną potrzebę na głębokim poziomie.

Właśnie jestem po przeczytaniu osławionej książki Porozumienie bez przemocy. O języku życia Marshalla Rosenberga, którą tak często pokazywałam na zenkowym Instastories i opisywałam w walentynkowym wpisie z książkami o miłości. 🙂 Nie mogłabym nie napisać o niej więcej na blogu!

Na pierwszy ogień temat, który dotyczy nas wszystkich bez wyjątku. Bo kto nie ma wokół siebie osób, na widok których scyzoryk sam otwiera się w kieszeni? 😉

3 proste zasady komunikacji
z własnym gniewem

Marshall Rosenberg – autor Porozumienia bez przemocy, zachęca do współpracowania z własnym gniewem, zamiast opierania się mu lub polegania na uczuciach w stu procentach. Język serca skupia się na komunikacji z uczuciami, bo paradoksalnie mówią o naszych potrzebach o wiele więcej niż myśli.

W skrócie, wystarczy więc przenieść swoją uwagę z głowy do serca. Pisało o tym już wielu, ale to właśnie Marshall Rosenberg przedstawił konkretne narzędzia do tej komunikacji i jasno je opisał.

1. Odróżnienie bodźca od przyczyny

Wbrew temu, co daje się słyszeć, gdy jesteśmy rozgniewani („nie denerwuj mnie!”, „nie mogę przy tobie wytrzymać”, „wkurzasz mnie”), obiektywnie to zupełnie niemożliwe, żeby cudze zachowanie wywoływało w nas gniew. W rzeczywistości zdanie „on mnie rozgniewał” to czysta sprzeczność – jedyną osobą, odpowiedzialną za nasze emocje, jesteśmy my. Denerwujemy się też samodzielnie. 🙂

Jasne, zachowanie drugiej osoby może być bodźcem, wyzwalającym w nas całą lawinę emocji, ale bodziec to tylko wyzwalacz. Przyczyna leży dużo głębiej. To skąd się bierze gniew? Z osądów – z przeświadczenia, że ludzie coś powinni, że coś nam albo im się należy – im najczęściej kara, a nam oczywiście jak najlepsze traktowanie. 😀 U podstawy gniewu leży nasza potrzeba, w ten osąd ubrana.

To samo wydarzenie, może przecież wywołać w nas różne uczucia, zależnie od… owszem, owszem, niczego innego, jak naszych aktualnych potrzeb. Jeśli czekamy na kogoś, kto się spóźnia, możemy być równie dobrze rozdrażnieni, zwłaszcza jeśli gdzieś się spieszymy, lub odczuwać ulgę – gdy potrzebujemy dodatkowego czasu na doprowadzenie domu do stanu względnej używalności, zanim przyjdą goście. 😉 Bodziec się nie zmienia, a jednak nasza reakcja – tak. Tylko dlatego, że zmieniła się potrzeba. Nieświadomość potrzeby rodzi nasz gniew, który potem łatwo przenosimy na osobę, od której oczekiwaliśmy jej zaspokojenia.

2. Świadomość niezaspokojonych potrzeb

Kiedy więc niemożebnie się wkurzamy, pomoże skontaktowanie się z własną, niezaspokojoną potrzebą, która w postaci naszych myśli (najczęściej oskarżeń czy osądów) doszła do głosu i zapanowała nad klarownym widzeniem rzeczywistości i osoby przed nami. Bez świadomości tej potrzeby, wszystko widzimy w krzywym zwierciadle.

Ale uwaga – żeby nie było tak prosto! Jeśli wkurzasz się, bo ktoś się spóźnił, to Twoją potrzebą wcale nie jest, by przyszedł na czas. Owszem, jest to jakaś potrzeba, ale zdecydowanie niższego rzędu, a chodzi o dotarcie do tej najgłębszej, najważniejszej master of disaster – potrzeby samej w sobie, jednej z tych, które właściwe są bez wyjątku każdemu człowiekowi.

Przy okazji: to całkiem uwalniające uczucie, kiedy zaczynasz kumać, że lista ludzkich potrzeb jest skończona i każda z nich przynależy tak samo Tobie, jak i Twojemu rozmówcy. Czasem walczymy z kimś o zaspokojenie jednej i tej samej potrzeby, a nie potrafimy okazać sobie wzajemnie empatii – czy to nie zadziwiające?

Wracając do historii ze spóźnieniem, tą prawdziwą potrzebą nie będzie więc punktualność Twojej koleżanki czy partnera, ale potrzeba bycia dla kogoś ważnym czy szanowanym przez innych. Lub po prostu produktywne wykorzystywanie swojego czasu i swoboda w zarządzaniu nim, zamiast przymusowego poświęcenia go na czekanie (choć to też ułuda, ale o tym innym razem).

Będąc w kontakcie z własnymi głębokimi potrzebami, nie będziemy w stanie doświadczyć gniewu – nawet jeśli doświadczymy silnych uczyć, nie przeniesiemy odpowiedzialności na innych ludzi.

3. Uważność

Gniew to myślenie – narracja winy i kary, przyjmowanie roli ofiary, rozliczanie i osądzanie sprawców naszych „krzywd”. Zawsze jest pomyłką poznawczą usprawiedliwiającą nas moralnie w wymierzaniu kary (patrz: Jesper Juul, Alfie Kohn) lub wywyższającą nas, jeśli tej kary komuś oszczędzimy – oczywiście najlepiej informując o naszej „wspaniałomyślności” (och, to połechtane ego!). 😉

Kontrastem jest właśnie kontakt z własnymi potrzebami – uważność, bycie tu i teraz, trzeźwość obserwacji, dystans, a tym samym udzielenie sobie prawdziwej empatii. Bo naturalnie nie chodzi o to, by pojawiające się uczucie gniewu w sobie w jakiś sposób tłumić (kto oglądał „W głowie się nie mieści”, ten wie). Chodzi właśnie o to, by go przyjąć, czyli zauważyć informację, jaką gniew dla nas przynosi.

Kiedy jesteśmy uważni, dociera do nas sygnał, który gniew ma do przekazania: że jakaś ważna potrzeba nie jest u nas zaspokojona.

Żeby wybrzmiało to należycie mocno: pielęgnowanie uczucia gniewu nie leży w naszym interesie. Zauważenie go – owszem. Ale kiedy pozostajemy wśród osądzających myśli, robimy wszystko, żeby tylko nie usłyszeć, co ma nam do przekazania. Gniew wtedy rośnie i rośnie, tak jak listonosz natrętnie dzwoni, bo ma do przekazania polecony. Zamiast swoją energię spożytkować na zaspokojenie swoich potrzeb, dosłownie marnujemy ją na obmyślanie wyimaginowanych win i wymierzanie kar, choćby tylko w wyobraźni! I nie odbieramy przesyłki – informacji o naszej potrzebie.

Dopiero zwracając się w stronę swoich najgłębszych potrzeb, mamy szansę zbliżyć się do ich zaspokojenia.

Co proponuje Marshall Rosenberg?

Porozumienie bez przemocy opisuje cztery etapy wyrażania (na przykład w rozmowie z partnerem) swojego gniewu.

1. Pauza

Pierwszym z etapów jest zatrzymanie się. To ten moment, kiedy powstrzymujemy się od głośnego obwiniania, rozliczania czy karania, nawet jeśli dialog na ten temat toczy się w naszej głowie. Dajemy sobie czas, by się uspokoić i udzielić „pierwszej pomocy z empatii” samemu sobie. Rosenberg zwraca uwagę na to, by nie spieszyć się z odpowiedzią na przykład na słowną zaczepkę, gdy poczujemy wzrastający w nas gniew. Niby wiadomka, a czasem wydaje nam się, że nawet sekunda milczenia czy wahania będzie odebrana przez naszego oponenta jako… yyy… słabość. A przecież pozwala na trzeźwą ocenę sytuacji i jest naszą siłą. Możemy wtedy choćby zebrać argumenty, jeśli w opozycji do porozumienia bez przemocy chcielibyśmy w dyskusji „zaorać”. 😉

2. Zauważenie osądów

Drugim etapem jest zauważenie osądzających myśli, które na sto procent krążą już w tę i we w tę po naszej głowie. Które z nich sprawiają, że czujemy gniew? Dostrzeżenie ich w trakcie gorącej wymiany zdań jest dużo trudniejsze niż gdy jesteśmy spokojni. Tę umiejętność można potrenować za pomocą medytacji lub oddając się pisaniu strumienia świadomości, na sucho, zapobiegawczo, kiedy mamy chwilę dla siebie. Czym więcej jest do tego okazji, tym łatwiej nam będzie zachować zimną krew i klarowniej zobaczyć osądy i przekonania (własne i swojego rozmówcy) w sytuacji konfliktu.

3. Uświadomienie potrzeby

Każda z takich osądzających, negatywnych myśli na temat innych (lub czasem na nasz własny temat) wyraża którąś z naszych głębokich niezaspokojonych potrzeb. Trzecim krokiem jest połączenie ze sobą tych dwóch punktów: osądu i niezaspokojonej potrzeby, do której ten osąd się odnosił. Czasem nie wystarczy rozpoznanie swojej pierwszej potrzeby. Trzeba wtedy pokopać głębiej, by dotrzeć do potrzeby leżącej u podstaw wszystkich wtórnych potrzeb. Potrzeba wolności jest na przykład przyczyną poczucia potrzeby swobodnego rozporządzania własnym czasem, a to z kolei leży u podstawy potrzeby posiadania odpowiedniej rezerwy pieniędzy na koncie. Wkurzyć możemy się zatem pozornie z tak prozaicznego powodu jak nieplanowane w budżecie zakupy naszego partnera, wcale to jednak nie oznacza, że prawdziwą przyczyną naszego gniewu są wydane pieniądze (bodziec).

4. Uzewnętrznienie uczuć i potrzeb

Ostatnim z kroków jest uzewnętrznienie swoich uczuć i potrzeb w taki sposób, by stały się zrozumiałe dla osób, z którymi rozmawiamy. Jeśli trafiamy na opór, to zwykle nie dlatego, że ktoś nie chce zaspokoić naszej prośby, ale dlatego że nie rozumie naszej najgłębszej potrzeby (nic dziwnego, skoro często sami nie zdajemy sobie z niej sprawy) lub zwyczajnie boi się o potrzeby własne. A przy odrobinie umiejętności (czyli dzięki stosowaniu języka serca zamiast języka walki) naprawdę zaspokoić można potrzeby obu stron. Język serca polega na wyrażaniu swoich uczuć, potrzeb i próśb i wyczulenia na uczucia, potrzeby i oczekiwania drugiej strony, zamiast oskarżania, negowania i wywierania nacisku.

Jak to robić w praktyce? To naprawdę jest temat na książkę (dlatego cieszę się, że powstało Porozumienie bez przemocy), ale z przyjemnością napiszę o tym i na Zenku. Już wkrótce.


Cześć! 🙂

Jestem bardzo ciekawa czy jesteś zainteresowana ideą empatycznego porozumiewania się (i w ogóle rozszerzaniem swojej empatii). A może to dla Ciebie wcale nie nowość i porozumienie bez przemocy od dawna jest u Ciebie w użyciu? Jeśli tak, koniecznie daj znać, jakie inne książki mi polecasz. 🙂

PS. Wiesz, że dziś ostatni dzień lutego? Kiedy to minęło, ja się pytam! :O

Jeśli artykuł Ci się podobał, możesz polubić fanpage Zenbloga i śledzić blog w serwisie Bloglovin’ i na Instagramie. Będzie mi bardzo miło, jeśli dołączysz do obserwujących lub podzielisz się tym wpisem z innymi! ?

Inne wpisy, które mogą Cię zainteresować:

  • Dziękuję Ci za ten wpis. Świetnie opisana teoria Rosenberga.

    Znam książkę i temat, staram się wprowadzać w życie temat od kilku lat:)

    Dobrego dnia, wiosna idzie:))

    • Widzę po przywoływanych przez Ciebie historiach. 🙂 Co do wiosny – nie wiem, nie wiem, u mnie minus 12!

  • Monika Wysocka

    Bardzo ciekawy temat. Ta książka chodzi za mną już od jakiegoś czasu. Jestem ciekawa jakie praktyczne wskazówki opiszesz następnym razem.

    • To szczerze zachęcam do wypożyczenia/kupienia. Marshall Rosenberg wyjaśnia swoje podejście w bardzo czytelny i konkretny sposób, właściwie cała książka to są konkretne praktyczne wskazówki. 🙂

  • www.dagmara-rek.pl

    Ciekawy temat i ksiażka wydaje się być ciekawa 🙂

  • To wszystko, o czym piszesz jest bardzo ważne, by zapanować nad gniewem. Jednak – najważniejsza jest samoświadomość – bez niej w ogóle nie dostrzeżemy problemu…

  • Cześć,
    Bardzo fajny wpis. Mega mądry. Ja ogólnie jestem nieziemsko spokojną osobą, szkoda że nerwowe osoby go nie widzą
    Pozdrawiam ,
    Kasia

    • Hej Kasia, dzięki za komentarz. 🙂 Powiem tak. Cała sztuka polega na tym, by stosować porozumienie bez przemocy również wobec tych „nerwowych” (czy po prostu trudnych w komunikacji) ludzi. Nie chodzi o to, by nie okazywać swojej złości na zewnątrz, czyli być „spokojną osobą” – to nie wystarczy. Też jestem tą mega „spokojną osobą”. 😉 I zawsze to było dla mnie trudne, gdy napotykałam na „agresora” czy kogoś stosującego jakąkolwiek przemoc. I pojawiała się mimo wszystko ocena, wartościowanie. Natomiast w porozumieniu bez przemocy zawsze chodzi o to, by zamiast oceniania zwracać uwagę na potrzebę. Odnosić się zawsze do tej potrzeby. Trudne bardzo. Ale można zrobić krok czy dwa. W efekcie nie będzie nam szkoda, że nerwowe osoby nie widziały tego wpisu, bo ta nerwowość w kontakcie z nami zmieni się w inną energię.
      Pozdros również 🙂

      • Cześć,
        Racja, choć trudno do osoby nerwowej tak przemówić, żeby zrozumiała czemu się denerwuje. Jak się wpada w szał, to logiczne argumenty nie działają. Czasem po prostu trzeba dać czas.
        Pozdrawiam,
        Kasia

        • Hej 🙂 Powiem jeszcze raz: nie chodzi o to, by komukolwiek cokolwiek tłumaczyć. W porozumieniu bez przemocy słuchamy czyichś potrzeb, nie tego, co mówi, ale tego co pod tym ukryte i do tego się odnosimy. Absolutnie nie chodzi o przemawianie komuś do rozumu tak, żeby miał cokolwiek zrozumieć. 😀 Chodzi o to, by zacząć od siebie. Reszta przyjdzie.

  • Powiedziałabym że jestem zwolenniczką empatii ale szczególnie wyczulona jestem na empatię w stosunku do zwierząt. Z tego powodu często budzi się we mnie gniew do ludzi z powodu braku zrozumienia i czynnej empati do zwierzaków. Myślę że z czasem nauczyłam się mniej denerwowoac na ludzi z tego powodu, bo rzadzej mam ochotę zepchnąć jakiegoś okropnego człowieka że schodów…(spokojnie, nigdy tego nie zrobilam) a staram się zrozumieć dlaczego ten ktoś jest jaki jest. Nie mniej jednak, nadal do oazy spokoju jest mi daleko więc może zainwestuję w tą samą książkę co Ty 🙂

    • No właśnie, wszyscy mamy jakieś czułe punktu, po dotknięciu których mamy ochotę rozpocząć wykład pt. „sto powodów, dla których się mylisz”… To mi przypomniało ten komiks: https://www.instagram.com/p/BRYeAweF9Ix/ 😉 Co sprawia, że jednak nie zrzucasz tych ludzi ze schodów??

      • O to, to. Dokładnie tak. Często bywa ciężko ale staram się ich poprostu zrozumieć. Z reguły ludzie są w miarę kochającymi i przyjemnymi istotami więc coś musiało się zadziać że w danym przypadku tacy nie są. Oczywiście są wyjątki bo nie zawsze da się każdego wytłumaczyć ale faktem jest że staram się ‚wejść w ich buty’ 🙂

  • rudawstazka.wordpress.com

    Bardzo fajny wpis. Coraz częściej mi się ta książka w oczy rzuca, chyba jej w końcu poszukam.
    Swoją drogą, taki pisany strumień świadomości to bardzo fajna sprawa. Bardzo mnie zaskoczyło, jak skuteczną – często pisanie zaczynam od jednej rzeczy, od której planowałam zacząć, a kończę na czymś, o czym nie sądziłam, że krąży mi po głowie. 🙂

    • Ze strumieniem mam dokładnie tak samo. Bardzo wartościowa metoda i odstresowania się i samopoznania jak mówisz. 🙂 Mam nadzieję, że książka w końcu wpadnie w Twoje łapki, bo warto przeczytać. 🙂

  • Ostatnio staram się przede wszystkim nie stosować przemocy w stosunku do samej siebie. Nie zmuszać siebie do rzeczy, na które nie mam ochoty, jeśli dziś akurat nie czuję ochoty do pracy, nie pracuję, nie chcę wstawać z łóżka nie wstaję, nie mam ochoty na wykonanie telefonu, napisanie tekstu? Nie robię żadnej z tych rzeczy. No i oczywiście nie zmuszam się do przebywania w towarzystwie osób, na których towarzystwo nie mam ochoty 😉 Artykuł jak zwykle ciekawy i skłaniający do myślenia!

    • Dzięki Aleksandra, cieszę się! Co jednak robisz, gdy Twoja niechęć do pracy, pisania czy innych czynności po prostu przedłuża się? I co z powodami, dla których nie masz na daną rzecz ochoty? Jestem bardzo ciekawa jak na to patrzysz.

      • Jeśli nie mam na coś ochoty, to oznacza jedną z dwóch rzeczy – coś jest nie dla mnie albo coś jest nie dla mnie w tym momencie, w obu przypadkach sprowadza się to do tego, że nie podejmuję działania. Co z przedłużającą się niechęcią do pisania? Nigdy nie trwała dłużej niż trzy dni. Niechęć do sprzątania trwa zdecydowanie dłużej 😉

        • Hm. Rozumiem spojrzenie, ale nadal brzmi dość idealistycznie. W końcu są sytuacje, w których nie chcemy, ale musimy podjąć działanie. Pytanie jak się wtedy do tego zmobilizować, jeśli robimy tylko to, na co mamy ochotę. I co to znaczy, że mamy tę ochotę. Jeśli nie akceptujemy konsekwencji nie podjęcia działań, czy to już znaczy „chcemy”, czy „chcemy” wynika z wewnętrznej radości procesu?

          • Podaj proszę jakiś przykład sytuacji, w której nie chcemy, ale musimy podjać działanie

          • To właśnie zależy jak definiujemy chcenie, dlatego pytałam jak Ty to rozumiesz (np. kontekst niechcianych konsekwencji). Jeśli chcenie odnosi się tylko do procesu, to przykładem może być każda codzienna sytuacja wymagająca siły woli. Pójście do pracy, gdy chcesz pospać dłużej, poddanie się badaniom lub leczeniu, nawet jeśli są nieprzyjemne, załatwianie spraw w urzędach, skrupulatna praca nad swoimi celami, realizowanie pilnych potrzeb życiowych – cokolwiek. Zwykle nie są to rzeczy, o których możemy powiedzieć, że „mamy ochotę je zrobić”. Robimy je dlatego, bo wybieramy aktywność zamiast neg. dla nas konsekwencji (szerszy kontekst „chcenia”). Ale trudno mi połączyć to z Twoim zdaniem: „Jeśli nie mam na coś ochoty, to oznacza jedną z dwóch rzeczy – coś jest
            nie dla mnie albo coś jest nie dla mnie w tym momencie, w obu
            przypadkach sprowadza się to do tego, że nie podejmuję działania.”

          • oj, bo ja już żyje zupełnie inaczej. Odmówiłam pójścia na operację i wyleczyłam się sama metodami naturalnymi w domu. Zrezygnowałam z pracy w dniu, w którym przestała mi odpowiadać. Sprawy urzędowe załatwiam w dniu, w którym czuję, że to fajny dzień na ich załatwienie. W każdym z tych przypadków próbowano mnie zastraszać konsekwencjami – lekarz mi powiedział, że umrę, pracodawca, że umrę z głodu, urzędnik wysłał pismo, żeby natychmiast się kontaktować. Tyle, że ja już nie ulegam takiemu zastraszaniu, wiem swoje i działam po swojemu, na razie z sukcesami

          • Ale ja to rozumiem 🙂 Pytanie czy czasem nie zdarza Ci się wewnętrznie stanąć okoniem nawet wobec czegoś, co postrzegasz jako dla siebie dobre. Może nie – mi jeszcze tak. 🙂 Na przykład dobra dieta. Jest super – łatwa i cudowna, ale bywa trudna, jeśli organizm uzależnił się od cukru i ten cukier odbieramy. Kwestia fizjologiczna. I czasem muszę zajrzeć wgłąb siebie, żeby przypomnieć sobie dlaczego tak wybieram, a nie inaczej. Byłam ciekawa Twoich sposobów, ale może faktycznie nie masz takich momentów, tylko się cieszyć 🙂

  • Aneta – madry wpis – pauza, glebszy oddech – czesciej musze o tym pamietac, po prostu. Pozdrawiam serdecznie Beata

    • Pauza… no właśnie to jest coś, co często traktujemy w kategoriach własnej lub czyjejś słabości. Jakby chwila na zebranie myśli była dowodem na brak argumentu, gdy w rzeczywistości jest przeciwnie. 🙂

  • Znam Rosenberga od dawna, staram się stosować, ale…. Właśnie, gdy ogarnia cię gniew nad pewnymi rzeczami nie panujesz, często nie ma momentu na zatrzymanie. To jest tak jak w ruchu drogowym – prowadzisz auto i w sytuacji kryzysowej musisz jechać, nie masz szans na zatrzymanie. Dopiero potem, w refleksji, można analizować co się stało i jak należałoby postąpić.
    I własnie w refleksji widzę szansę. Bo pierwsza kłótnia rzadko jest ostatnią. Po pierwszej sprzeczce można się zastanowić co dalej. Wtedy jest szansa na zrozumienie przyczyn gniewu i złości.

    • Na pewno ta refleksja potem jest megaważna. Ale czy naprawdę NIE MOŻEMY pozwolić sobie na zatrzymanie w trakcie takiej gorącej sytuacji, czy po prostu nie dajemy sobie na to przyzwolenia, bo taka pauza może zostać odebrana jako oznaka słabości? Dlaczego nie możemy jeszcze w trakcie kłótni wyjść ze schematu? Odetchnąć, spojrzeć na potrzeby „przeciwnika”, swoje potrzeby? Powiedzieć, że wrócimy do tematu, gdy przemyślimy sytuację lub, jeśli sytuacja tego wymaga, odpowiedzieć tu i teraz, ale po tych kilku chwilach wglądu. Ja sobie zdałam sprawę, że na tę pauzę po prostu sobie nie dawałam przyzwolenia… Tak jakby 5-10 sekund zwłoki postawiło mnie na gorszej pozycji. Tymczasem stawia w zasadzie na lepszej. W zasadzie trudno uargumentować, dlaczego chwila na zastanowienie miałaby być czymś niekorzystnym.

      • Aneta, tu nie chodzi o korzyści czy ich brak, tu chodzi o to, że w takich momentach po prostu nie ma refleksji. Ja mam zupełnie inny problem. Często nie wchodzę w spór, nie wyrażam złości i gniewu, a gdy sytuacja minie – odpuszczam i nie wracam do konfliktu, bo nie chcę zaogniać. Przez to urazy się gromadzą, bo nie są wyrażane. Dlatego z mojej perspektywy lepiej raz wybuchnąć i nie reflektować się , powiedzieć nad wyraz dosadnie, a potem naprawiać. Niż się reflektować zbytnio, więc inni myślą, że nic się nie stało.

        • „w takich momentach po prostu nie ma refleksji” – no właśnie, o to chodzi, żeby była 😀 NVC nie wymaga też nie wyrażania swojego gniewu, wręcz odwrotnie, więc urazy też się nie gromadzą i nie ma potrzeby wybuchu. To dwa sposoby dojścia do tego samego, z tym że wybuch pozostawia więcej zniszczeń.

          • Pozwól, że się z Tobą nie zgodzę 🙂 Model Rosenberga, jak każdy model postępowania, nie u wszystkich się sprawdza. Na pewno działa u osób, które stosunkowo łatwo wchodzą w konflikty i kłótnie. Natomiast dla ludzi, którzy unikają konfliktu, którzy wolą odpuścić, to nie bardzo się sprawdza, bo zbytnio tłumią konflikty. Dla nich lepiej, żeby dały się ponieść, niż ciągle gromadziły w sobie kolejne pokłady nierozwiązanego niezadowolenia i poczucia bezradności.

          • Oczywiście, że pozwalam, o to właśnie chodzi w ciekawych dyskusjach! 🙂
            Ja rozumiem, co masz na myśli – że NVC sprawia, że można kumulować żale w sobie, co oczywiście nikomu nie służy. Mówię tylko, że w NVC możemy również wyrażać swoje emocje i potrzeby, ono nie jest tylko od przyjmowania komunikatów innych. Robimy to z resztą z większą świadomością (właśnie dzięki refleksji możemy w ogóle je poznać), niż gdy w przypływie emocji wykrzykujemy to, co nam ślina przynosi na język. Rezygnujemy wyłącznie z emocjonalnej reakcji na zasadzie bodziec-reakcja. Wchodzimy w proaktywność: bodziec-myśl (decyzja)-reakcja. Komunikujemy się przede wszystkim ze sobą, ze swoim wnętrzem. Nie ma potrzeby rezygnować z tej komunikacji z samym sobą. Możemy ją mieć. I pogłębia ją m.in. medytacja. To wszystko pięknie się ze sobą łączy.

          • Natalia Kamińska

            Hej, przeczytałam Twój artykuł kiwając ze zrozumieniem głową nie tylko dlatego, że dotyczy także mnie, ale przede wszystkim dlatego, że już gdzieś o tym czytałam. Zapewne znasz książkę pt. „Pokochaj siebie”, autor to Wayne W. Dyer. Pięknie się rozprawia w niej destrukcyjnym uczuciem gniewu, który sprawia, że odpowiedzialnością za nasze złe emocje obarczamy innych. Co ciekawe, pisał też o innych emocjach, które są całkowicie bezproduktywne i sprawiają, że nie możemy cieszyć się terażniejszością: niepokój oraz poczucie winy. Pierwsza dotyczy lęku o przyszłość, druga skupia się na tym co było i już się nie odstanie.
            Dzięki Tobie wróciłam do tej książki i zamierzam często do niej wracać, bo tyle w niej prawdy o naszej psychice.

          • Tej książki nie znałam. 🙂 Dziękuję, że o niej napisałaś, chętnie poczytam. Od dawna mam wrażenie, że wszystkie te tematy – zdrowie psychiczne, bezwarunkowa miłość, porozumienie bez przemocy, uważność i życie w teraźniejszości idealnie się łączą i wzajemnie dopełniają. 🙂

          • Natalia Kamińska

            Książka zawiera właśnie to, o czym wielokrotnie pisałaś i podaje recepty na wiele neurotycznych zachowań. Niestety kultura i konwenanse narzucają młodemu człowiekowi pewne błędne schematy poprzez „wychowanie” i u progu dorosłości (albo i wcześniej)
            człowiek dowiaduje się jak bardzo jest zagubiony. Nie bez powodu tytuł oryginału brzmi „Your erroneous zones”.

  • Największy problem jest chyba zawsze z ostatnim punktem – czasem nawet jak bardzo tego chcę, nie potrafię mówić o tym, czego potrzebuję 🙂

    • To prawda. To jest ciągła nauka. Nikt nie umie, wszyscy się tego uczymy 🙂 Ale… czym częściej próbujemy (ale tak naprawdę, z nieoceniającej pozycji), tym lepsi w tym jesteśmy. 🙂

  • Cieszę się, że właśnie trafiłam na Twój blog! Tyle ciekawych artykułów <3

  • Przeczytałam Twój tekst z uśmiechem, temat jest u mnie bardzo aktualny, bo należę do osób łatwo denerwujących się 🙂 Choć u mnie gniew przybiera często bardziej lękowo-histeryczne formy, to rozpoznaję w Twoim tekście siebie 🙂 Czytałam w necie o Porozumieniu bez przemocy, ale jakoś nie dotarło do mnie, że przecież mogę przeczytać też książkę 😀 dzięki!

    • Poza książką Rosenberga są jeszcze ćwiczenia – ja jeszcze nie tknęłam, ale mam w zamiarze. 🙂

Kim jestem?

Aneta Kicman

Fotograf, freelancerka, magister filologii polskiej, optymistka, miłośniczka roślinnego jedzenia i życia w zgodzie ze sobą.

Moja firma:

Notatki z marginesów:

Miłość jest sposobem bycia. Energią emanującą z nas, gdy uwolnimy to, co ją blokuje.

- David R. Hawkins

Linki polecające:

Kod promocyjny do Bali Cafe:
2013

Czego słuchać w trakcie pracy:

Zobacz również:

Ostatnio na blogu:

Instagram