Zrobione jest lepsze niż doskonałe

_DSC4588

Jeśli zdarza Ci się rezygnować z czegoś, co chcesz zrobić, tylko dlatego, że można zrobić to lepiej lub wracać jak maniak setki razy do tej samej części projektu, by sprostać własnym oczekiwaniom – wiesz czym jest ciemna strona perfekcjonizmu. Wiedział to też Chopin, może nawet lepiej niż ja czy ty, i mimo, że w jego przypadku owocem jest wybitna muzyka, proces tworzenia kosztował go miesiące udręk, ciągłych początków i zwątpień, nie mówiąc o zdrowiu i pogorszeniu relacji. George Sand, jego kochanka, dobitnie to opisuje.

Nie wiem co ostatecznie wpływało na jego decyzję o wydaniu utworu na światło dzienne (w przypadku dzisiejszych freelancerów-perfekcjonistów są to niewątpliwie tylko deadliny), ale gdyby nie ten czynnik, nigdy nie usłyszelibyśmy Nokturnów. Jak więc powinien pracować perfekcjonista, żeby nie potrzebować zewnętrznej motywacji do wypuszczenia produktu na światło dzienne?

Po pierwsze działaj. Optymalizacja przyjdzie później

Co prawda naczelną zasadą esencjalizmu jest optymalizacja pracy, ale jeśli masz problem z perfekcjonizmem, stosowanie zasady „najpierw research, potem akcja” może przynieść więcej szkody niż pożytku. Optymalizacja jest ważna, ale jeśli zaczynamy rozwiązywać hipotetyczne problemy, które wystąpiłyby dopiero na dalszym odcinku drogi, może być tak, że pojawi się w nas obawa, że sobie nie poradzimy i zniechęcenie, prowadzące do rezygnacji z obranego wcześniej celu. Patrząc kilka lat wstecz, widzę jak mało wiedziałam o problemach, z jakimi przyjdzie mi się zmierzyć. Gdybym przed założeniem firmy zdała sobie sprawę ze wszystkich trudności, prawdopodobnie uznałabym ten pomysł za zbyt ryzykowny a siebie za zbyt słabą do pokonania tych trudności.

Rozwiązywanie problemów na długo przed tym zanim się pojawią, znacznie osłabia też nasz potencjał – zamiast skupić się na rozwoju, myślimy wtedy o potencjalnych trudnościach, które mogą, ale wcale nie muszą nas spotkać i tracimy czas, bardzo cenny zwłaszcza na początku działalności. Pomyślmy tylko co moglibyśmy osiągnąć, gdybyśmy ten czas wykorzystali twórczo i o wiele bardziej adekwatnie do bieżącej sytuacji.

Zasada Pareta

Pan Pareto, włoski ekonomista, dawno temu zauważył, że 80% dóbr znajduje się w rękach 20% społeczeństwa, a później okazało się, że proporcje 80 do 20 mają zastosowanie w wielu innych dziedzinach. Na przykład w sprzedaży: statystycznie to 20% produktów/usług przynosi firmie 80% dochodu. Zasada określa stosunek zasobów do efektów (nakładów pracy do rezultatów), dlaczego więc nie odnieść jej do tworzenia produktu lub usługi? Może się okazać, że przez 20% czasu, który inwestujemy w przygotowanie produktu, udaje nam się uzyskać aż 80% jego jakości, a przez kolejne 80% naszego czasu szlifujemy pozostałe 20%. Co to oznacza?

Jeśli jesteś perfekcjonistą, na pewno jesteś też swoim największym krytykiem, a jednocześnie znawcą branży i wąskiego zagadnienia, którym zawodowo się zajmujesz. Możliwe, że tylko ty widzisz subtelne różnice w produkcie przed poprawkami i po nich, a co za tym idzie pozostałe 20% jakości, na które poświęcisz 80% swojego czasu będzie niedostrzegalne dla grupy docelowej. Dostrzegalne będzie za to znaczne wydłużenie czasu realizacji zlecenia. Czy w takim razie warto poświęcać czas (kosztem innych zleceń lub własnego wypoczynku, a paradoksalnie także kosztem zadowolenia klienta) na szlifowanie tych 20%?

Przeczytaj, jeśli chcesz więcej: 3 rzeczy, z których zrezygnowałam 1/2017.

Poczucie własnej wartości

Rozwijanie się zakłada wychodzenie ze swojej strefy komfortu, dlatego nie raz stajemy w obliczu zlecenia, które jest dla nas (lub wydaje nam się) wyzwaniem. Dla grafika może to być skomplikowany projekt, dla fotografa obróbka materiału wykonanego w trudnym oświetleniu, dla blogera poruszenie złożonego tematu, przy którym, ze względu na jego wagę, nie może być mowy o pomyłkach. Często obawiamy się, że nie będziemy w stanie spełnić swoich własnych (często wygórowanych) oczekiwań i dlatego wiecznie odkładamy to, co mamy do zrobienia. A przecież może się okazać, że kiedy już usiądziemy do pracy, projekt nie sprawi nam trudności.

Dlatego pozytywne nastawienie i wiara we własne możliwości mają bardzo duże znaczenie w walce z perfekcjonizmem (i prokrastynacją). Jeśli uwierzymy, że jesteśmy w stanie stawić czoła wyzwaniu, nie będziemy odkładać zabrania się do pracy na potem. W przekonaniu się o tym bardzo pomaga stoicka metoda małych kroków.

Wena jest przereklamowana

Przyjęło się, że pracując w artystycznych zawodach jesteśmy na łasce (lub niełasce) bliżej nieokreślonego nastroju, nazwanego weną twórczą, który jest w dodatku na tyle niezależny, że nie potrafimy go w sobie na zawołanie wywołać. O ile na pewno z weną pracuje się lepiej, tak jak lepiej nam się ćwiczy, gdy jesteśmy wewnętrznie zmotywowani, nieprawdą jest, że jej poczucie jest niezbędne do (twórczej) pracy, tak samo jak poczucie motywacji (rozumianej jako stan emocjonalny) nie jest konieczne do robienia przysiadów. Jeśli podejdziemy do kreatywnych elementów naszej pracy jak do tych, które nie wymagają natchnienia, okaże się, że są możliwe do wykonania bez najmniejszych strat na jakości, nawet jeśli chwilowo opuściła nas muza.

Przede wszystkim jednak nie należy czekać z rozpoczęciem projektu na moment pojawienia się natchnienia. Stan flow pojawia się przecież nie wtedy, kiedy siedzimy na kanapie, ale kiedy jesteśmy zaangażowani całym sobą w wykonywanie danej czynności. Znasz to powiedzenie, że wena przyszła, ale nie zastała nikogo przy biurku, dlatego odeszła niezauważona? No właśnie.

Przeczytaj, jeśli chcesz więcej: 5 przeszkód, które blokują Cię przed twórczym działaniem w życiu, sztuce i biznesie.

Rusz naprzód

Jako perfekcjoniści rzadko mamy poczucie, że zrobiliśmy coś wykorzystując 100% naszych możliwości, dlatego to ważne by, kiedy już raz zaakceptujemy ostateczny kształt wykonanego przez nas projektu, nie wracać do niego nieustannie, ale uznać pracę za skończoną. Oczywiście nie chodzi o to, by nie poprawiać tego, co zrobiliśmy źle lub nie przyznawać się do błędu, ale o to, by nie poprawiać tego, co zrobiliśmy dobrze lub bardzo dobrze, choć mogliśmy zrobić to jeszcze lepiej.

Zazwyczaj dobrą metodą odróżnienia od siebie tych dwóch sytuacji jest czas. To oczywiste, że jeśli miesiąc od zakończenia projektu (zwłaszcza kreatywnego) powrócimy do niego, możemy mieć chęć wprowadzenia poprawek – w końcu nasze doświadczenie pogłębiło się o cały miesiąc. Najprawdopodobniej jednak będzie to związane z tym, że mamy inne (nie lepsze/gorsze, ale po prostu inne) pomysły, które dziś wydają nam się lepsze od poprzednich, ale jutro możemy powrócić do punktu wyjścia, obiektywnie zaś projekt nie wymaga poprawek.

Dlatego jeśli już musimy wprowadzać zmiany, róbmy to możliwie najszybciej, a najlepiej tego samego dnia, kiedy jeszcze w podobny sposób myślimy o projekcie. W przeciwnym wypadku możemy poczuć potrzebę zaczęcia od początku czyli najkrócej mówiąc zaorania wszystkiego.

Jeśli nasz projekt jest wieloetapowy, dobrze jest zamykać poszczególne etapy projektu. Można je wyznaczać w oparciu o upływający czas (np. nie robimy poprawek na rzeczach, które zakończyliśmy dzień, dwa dni, tydzień temu) lub w oparciu o stopień zaawansowania naszej pracy. Czasem takie etapy zamknięcia wyznaczy nam życie i praktyka (np. nie poprawiamy projektu graficznego po wysłaniu go do drukarni), ale jeśli nie pojawiają się w naturalny sposób, warto o nie zadbać dla własnego komfortu.

Przeczytaj, jeśli chcesz więcej: Mogłabym być jak Gary, ale czegoś mi brakuje…

Nie bez powodu poruszam ten temat w pierwszym poście, jaki trafia na jeszcze pachnący świeżością blog. 🙂 Bo od dwóch lat próbuję przekonać się do kliknięcia „Opublikuj”. W tym czasie zmieniała się koncepcja, dużo czytałam, zastanawiając się która tematyka jest mi najbliższa, którą najlepiej będzie rozwijać w sieci. Pomysł we mnie dojrzewał, napisałam już kilkadziesiąt artykułów na różne tematy, które następnie szlifowałam, doprowadzałam do perfekcji, a potem kasowałam jako niepotrzebne, by następnego dnia pisać je od początku. Nieistniejący blog ewoluował, zmieniał się jego trzon i główna tematyka, pojawiały się nowe kategorie i odchodziły stare. Zanim jeszcze ktokolwiek go zobaczył. 🙂

Kilkakrotnie byłam nawet blisko wydania go na światło dzienne. Mam na myśli NAPRAWDĘ blisko – od miesięcy mam już miejsce na serwerze i zainstalowanego WordPressa, wszystkie potrzebne narzędzia, wtyczki i aplikacje. Ale za każdym razem rezygnowałam, za dużo myśląc o drobiazgach – w nieskończoność poprawiając detale. W przeciwieństwie do podejmowania decyzji w sprawie prowadzenia firmy, tu przeprowadziłam zbyt głęboki research, który zaszczepił we mnie obawę o to, czy to miejsce jest potrzebne, czy poradzę sobie, czy spełnię własne oczekiwania dotyczące jakości, etc.

Dziś uznałam, że dość tego. Wiem, jaka będzie tematyka i jaki będzie ten blog. Przestałam myśleć o tym, który z tematów będzie najbardziej chwytliwy i pomocny. Będę pisać o tym, co w danym momencie najbardziej mnie interesuje – dziś jest to samoświadomość i metody jej rozwijania, freelancing i projektowanie szczęśliwego życia. Stało się. Zrobione jest lepsze niż doskonałe! 🙂


Inne wpisy, które mogą Cię zainteresować:

MZapisz

  • Dzień dobry Aneto w blogowej rzeczywistości 🙂 Dobry temat, rzetelnie przedstawiony (jak na perfekcjonistkę przystało 🙂 ) Pisz dalej, bardzo miło się Ciebie czyta, zwłaszcza że piszesz mądre rzeczy.

    • Dziękuję, jak miło, że pierwszy komentarz od Ciebie – zaprawionej w bojach blogerki 🙂 <3

  • ozizu

    Gratuluję startu!
    Cieszę się, że wreszcie udało się coś wypuścić z przysłowiowej szuflady! Czekam na więcej wpisów 🙂

  • Super tekst! Wow! Zostaję. Konkretnie, treściwie i dużo, jak lubię:))
    Pozdrawiam ciepło. Kilka rzeczy nas łączy;-)

  • Świetny start! Wiele sobie uświadomiłam po przeczytaniu tego tekstu. Niestety cierpię na perfekcjonizm, ale się leczę 😛

  • Nie zgodzę się z wieloma rzeczami. Jak wiesz, każdy pracuje we własnym tempie. Wena do pisania musi być. Próbowałam kilka razy ZMUSIĆ się do zrobienia czegoś na co nie miałam ochoty, zero pomysłów lub pisanie totalnie bez sensu. Nie wychodziło. Dla mnie to strata czasu. Lepiej wykorzystać to inaczej, na regenerację ciała czy umysłu by wena w końcu przyszła. Oznacza to, że nie potrafiłabym pisać felietonów na zamówienie. Zawsze podchodzę trzy razy do tekstu który napisałam. Udaje mi się wyłapać źle złożone zdania lub błędy ortograficzne. Zawsze poprawiam by innym i mnie się dobrze czytało. Dzięki temu moi czytelnicy nie otrzymują informacji razy 3 o tym, że nowy post się pojawił. Nigdy też niczego nie skasowałam, siadając do bloga miałam określone i przemyślane priorytety. Sama piszesz, że musiałaś dojrzeć do pewnych rzeczy, tułałaś się z myślami. A co by było gdybyś zaczęła od pierwszego posta w temacie kompletnie ci nie leżącym? Miałabyś jeden chaos na blogu i nic więcej. Skasowałabyś i zaczęła od nowa. Jak wiele blogerek. Więc nie usiadłaś do pracy i TO robiłaś tylko przemyślałaś wiele rzeczy. I do czegoś doszłaś. Czasami potrzebny jest czas. I nie chodzi tu o perfekcjonizm tylko o świadomość. A czasami by sobie coś uświadomić potykamy się o kłody, które dzięki naszemu niezdecydowaniu sami sobie kładziemy. Jedni od razu wiedzą czego chcą a drugim zajmuje to sporo czasu. Kwestia charakteru? Nie sądzę, kwestia wpajanych nam ideologii o życiu, co musimy a czego nie powinniśmy. Ale w końcu wewnętrzne przekonanie o naszej drodze musi wyjść na zewnątrz. Pozdrawiam

    • Inaczej jest jeśli mamy zdrowe podejście do pracy, inaczej jeśli jesteśmy perfekcjonistami, czyli NIGDY coś nie jest na tyle dobre, by to zaakceptować i puścić w obieg. Tak jak pisałam nie chodzi o nie poprawianie błędów, nie robienie korekty, itp. ale o to, by pozbyć się hamujących przez dni, tygodnie, miesiące lub nawet lata przekonań, że nasz produkt się „nie nadaje” bo moglibyśmy zrobić go jeszcze lepiej. W przypadku perfekcjonistów najczęściej nigdy nie będzie się nadawał.

      Co do sugestii, że potrzebny jest czas i że sama długo pracowałam nad tym artem – tak, ale gdybym nad kolejnym miała pracować tak samo długo, wyszedł by za dwa lata. 😉 Może takie rozwiązanie jest idealne dla jakości, ale po prostu nie działa – na blogu już nikogo by nie było, a poza tym w tym czasie mogę przecież stworzyć wiele wartościowych, pomagających innym notek. Przecież nie chodzi o to, by dawać najlepsze treści, jakie jesteśmy w stanie wypracować poświęcając na to ogrom czasu i nakładu pracy, ale o to, by dawać coś, co inni będą odbierać jako wartościowe dla nich. 🙂

      Co do „zmuszania się” do pisania, polecam artykuł u Andrzeja Tucholskiego: http://andrzejtucholski.pl/2016/jak-napisac-dobra-notke-i-jak-napisac-ich-okragly-tysiac/

      No i na koniec: u każdego działa co innego 🙂

  • Ja też mam duży problem z kończeniem, raczej zostawiam coś rozgrzebane. Już któryś raz czytam o tym, że zrobione jest lepsze niż perfekcyjne, chyba muszę się poddać temu trendowi. 😄

    • Myślę, że to nie trend, tylko jeden z banałów, które tak dobrze znamy, że stają się dla nas niewidzialne i dlatego nad nimi nie pracujemy. Coś jak „żyj chwilą” 🙂 Cieszę się, że udało mi się Cię zainspirować!

  • Własnie wiele projektów i pomysłów odrzuciłam właśnie przez takie myślenie. Miałam wiele wytłumaczeń, że zadanie zrobię jeszcze lepiej jeśli dodam „to”, poczekam kilka dni na „to”. Wszystko było rozwleczone w czasie i chociaż niewiele brakowało do ukończenia projektu, to nie kończyłam go. Na ten rok wybrałam hasło „just do it!”, ale czasem łapię się na tym, że rozwlekam wszystko. Twój wpis był ukłuciem i kubłem zimnej wody, bo chociaż problem znam i próbuję z nim walczyć, to czasem moja czujność smacznie śpi.

    • Oj, znam to! 🙂 Cieszę się, że udało mi się Cię zainspirować i dziękuję że o tym napisałaś. Twoje hasło przyjmuję jako swoje własne i trzymam kciuki za nas obie 🙂

  • Hej 😉 fajnie, że jesteś! zdecydowanie podpisuję się pod Twoim tekstem 🙂 masz rację, zrobione jest lepsze niż doskonałe. bo nie chodzi o to, żeby coś było doskonałe na starcie, ale trzeba wystartować, żeby mogło być doskonałe! tylko nie odbierz tego, proszę, jako aluzję do Twojego bloga, bo ten już zapowiada się super! i na co było tyle obaw? 🙂 życzę powodzenia w blogosferze!

    • Hej 🙂 Dzięki za miłe słowo! Ja nawet myślę, że nie startujemy po to, by coś było doskonałe. Jeśli będzie „wystarczająco dobre” to będzie nawet lepiej – doskonałe rzeczy mają to do siebie, że tworzą dystans i to w różnych aspektach. Trzeba uczyć się doceniać wartość zamiast szukania dziur – tak myślę. 🙂

  • Bardzo fajny tekst. Również uważam, że wena jest przereklamowana, a może nawet nie istnieje. Są po prostu lepsze i gorsze momenty, gdy jesteśmy skupieni na tym co chcemy, albo myśli zaprząta nam coś innego. 🙂

    • Dokładnie. Ja wenę wiążę ze stanem flow – nie mamy go zanim się za coś weźmiemy, pojawia się, dopiero gdy pracujemy skoncentrowani.

  • dec&dec

    tytuł tego posta stał się moim mottem jakiś czas temu 🙂

  • Jeeeeny, ja przecież już prawie wszystko to wiem, a i tak nadal czekam na przereklamowaną wenę i nie stosuję zasady pareta i wszystko to olewam, choć nie powinnam. Tak ciężko czasem się zmotywować… Za ciężko. Dzięki za kopa 😉

    • No właśnie – sama też muszę to sobie często przypominać 🙂 Cieszę się, że kop się przydał i witaj na blogu! 🙂

  • Ja mam tek często, że czuję , że „brak mi weny”. Ale jak ju,z siadam do laptopa to samo jakoś idzie. Więc nie trzeba chyba czekać na ten moment olsnienia, ale wystarczy zacząć działać a reszta przychodzi sama.

  • Dzięki za nowe motto 😉 chyba pokręcę się tutaj trochę dłużej, bo tematyka Twojego bloga jest bliska mojemu serduchu.