Są ludzie, którzy nieustannie chodzą tak wkurzeni, że stało się to ich nawykiem, innym zdarza się to tylko w szczególnie „sprzyjających” okolicznościach. Niezależnie od częstotliwości, zawsze chodzi o to samo – o naszą niezaspokojoną potrzebę na głębokim poziomie.
Właśnie jestem po przeczytaniu osławionej książki Porozumienie bez przemocy. O języku życia Marshalla Rosenberga, którą tak często pokazywałam na zenkowym Instastories i opisywałam w walentynkowym wpisie z książkami o miłości. 🙂 Nie mogłabym nie napisać o niej więcej na blogu!
Na pierwszy ogień temat, który dotyczy nas wszystkich bez wyjątku. Bo kto nie ma wokół siebie osób, na widok których scyzoryk sam otwiera się w kieszeni? 😉
3 proste zasady komunikacji
z własnym gniewem
Marshall Rosenberg – autor Porozumienia bez przemocy, zachęca do współpracowania z własnym gniewem, zamiast opierania się mu lub polegania na uczuciach w stu procentach. Język serca skupia się na komunikacji z uczuciami, bo paradoksalnie mówią o naszych potrzebach o wiele więcej niż myśli.
W skrócie, wystarczy więc przenieść swoją uwagę z głowy do serca. Pisało o tym już wielu, ale to właśnie Marshall Rosenberg przedstawił konkretne narzędzia do tej komunikacji i jasno je opisał.
1. Odróżnienie bodźca od przyczyny
Wbrew temu, co daje się słyszeć, gdy jesteśmy rozgniewani („nie denerwuj mnie!”, „nie mogę przy tobie wytrzymać”, „wkurzasz mnie”), obiektywnie to zupełnie niemożliwe, żeby cudze zachowanie wywoływało w nas gniew. W rzeczywistości zdanie „on mnie rozgniewał” to czysta sprzeczność – jedyną osobą, odpowiedzialną za nasze emocje, jesteśmy my. Denerwujemy się też samodzielnie. 🙂
Jasne, zachowanie drugiej osoby może być bodźcem, wyzwalającym w nas całą lawinę emocji, ale bodziec to tylko wyzwalacz. Przyczyna leży dużo głębiej. To skąd się bierze gniew? Z osądów – z przeświadczenia, że ludzie coś powinni, że coś nam albo im się należy – im najczęściej kara, a nam oczywiście jak najlepsze traktowanie. 😀 U podstawy gniewu leży nasza potrzeba, w ten osąd ubrana.
To samo wydarzenie, może przecież wywołać w nas różne uczucia, zależnie od… owszem, owszem, niczego innego, jak naszych aktualnych potrzeb. Jeśli czekamy na kogoś, kto się spóźnia, możemy być rozdrażnieni, zwłaszcza jeśli gdzieś się spieszymy, lub odczuwać ulgę, np. gdy potrzebujemy dodatkowego czasu na doprowadzenie domu do stanu względnej używalności, zanim przyjdą goście. 😉 Bodziec się nie zmienia, a jednak nasza reakcja – tak. Tylko dlatego, że zmieniła się potrzeba. Nieświadomość potrzeby rodzi nasz gniew, który potem łatwo przenosimy na osobę, od której oczekiwaliśmy jej zaspokojenia.
2. Świadomość niezaspokojonych potrzeb
Kiedy więc niemożebnie się wkurzamy, pomoże skontaktowanie się z własną, niezaspokojoną potrzebą, która w postaci naszych myśli (najczęściej oskarżeń czy osądów) doszła do głosu i zapanowała nad klarownym widzeniem rzeczywistości i osoby przed nami. Bez świadomości tej potrzeby, wszystko widzimy w krzywym zwierciadle.
Ale uwaga – żeby nie było tak prosto! Jeśli wkurzasz się, bo ktoś się spóźnił, to Twoją potrzebą wcale nie jest, by przyszedł na czas. Owszem, jest to jakaś potrzeba, ale zdecydowanie niższego rzędu, a chodzi o dotarcie do tej najgłębszej, najważniejszej master of disaster – potrzeby samej w sobie, jednej z tych, które właściwe są bez wyjątku każdemu człowiekowi.
Przy okazji: to całkiem uwalniające uczucie, kiedy zaczynasz kumać, że lista ludzkich potrzeb jest skończona i każda z nich przynależy tak samo Tobie, jak i Twojemu rozmówcy. Czasem walczymy z kimś o zaspokojenie jednej i tej samej potrzeby, a nie potrafimy okazać sobie wzajemnie empatii – czy to nie zadziwiające?
Wracając do historii ze spóźnieniem, tą prawdziwą potrzebą nie będzie więc punktualność Twojej koleżanki czy partnera, ale potrzeba bycia dla kogoś ważnym czy szanowanym przez innych. Lub po prostu produktywne wykorzystywanie swojego czasu i swoboda w zarządzaniu nim, zamiast przymusowego poświęcenia go na czekanie (choć to też ułuda, ale o tym innym razem).
Będąc w kontakcie z własnymi głębokimi potrzebami, nie będziemy w stanie doświadczyć gniewu – nawet jeśli doświadczymy silnych uczuć, nie przeniesiemy odpowiedzialności na innych ludzi.
3. Uważność
Gniew to myślenie – narracja winy i kary, przyjmowanie roli ofiary, rozliczanie i osądzanie sprawców naszych „krzywd”. Zawsze jest pomyłką poznawczą usprawiedliwiającą nas moralnie w wymierzaniu kary (patrz: Jesper Juul, Alfie Kohn) lub wywyższającą nas, jeśli tej kary komuś oszczędzimy – oczywiście najlepiej informując o naszej „wspaniałomyślności” (och, to połechtane ego!). 😉
Kontrastem jest właśnie kontakt z własnymi potrzebami – uważność, bycie tu i teraz, trzeźwość obserwacji, dystans, a tym samym udzielenie sobie prawdziwej empatii. Bo naturalnie nie chodzi o to, by pojawiające się uczucie gniewu w sobie w jakiś sposób tłumić (kto oglądał „W głowie się nie mieści”, ten wie). Chodzi właśnie o to, by go przyjąć, czyli zauważyć informację, jaką gniew dla nas przynosi.
Kiedy jesteśmy uważni, dociera do nas sygnał, który gniew ma do przekazania: że jakaś ważna potrzeba nie jest u nas zaspokojona.
Żeby wybrzmiało to należycie mocno: pielęgnowanie uczucia gniewu nie leży w naszym interesie. Zauważenie go – owszem. Ale kiedy pozostajemy wśród osądzających myśli, robimy wszystko, żeby tylko nie usłyszeć, co ma nam do przekazania. Gniew wtedy rośnie i rośnie, tak jak listonosz natrętnie dzwoni, bo ma do przekazania polecony. Zamiast swoją energię spożytkować na zaspokojenie swoich potrzeb, dosłownie marnujemy ją na obmyślanie wyimaginowanych win i wymierzanie kar, choćby tylko w wyobraźni! I nie odbieramy przesyłki – informacji o naszej potrzebie.
Dopiero zwracając się w stronę swoich najgłębszych potrzeb, mamy szansę zbliżyć się do ich zaspokojenia.
Co proponuje Marshall Rosenberg?
Porozumienie bez przemocy opisuje cztery etapy wyrażania (na przykład w rozmowie z partnerem) swojego gniewu.
1. Pauza
Pierwszym z etapów jest zatrzymanie się. To ten moment, kiedy powstrzymujemy się od głośnego obwiniania, rozliczania czy karania, nawet jeśli dialog na ten temat toczy się w naszej głowie. Dajemy sobie czas, by się uspokoić i udzielić „pierwszej pomocy z empatii” samemu sobie. Rosenberg zwraca uwagę na to, by nie spieszyć się z odpowiedzią na przykład na słowną zaczepkę, gdy poczujemy wzrastający w nas gniew. Niby wiadomka, a czasem wydaje nam się, że nawet sekunda milczenia czy wahania będzie odebrana przez naszego oponenta jako… yyy… słabość. A przecież pozwala na trzeźwą ocenę sytuacji i jest naszą siłą. Możemy wtedy choćby zebrać argumenty, jeśli w opozycji do porozumienia bez przemocy chcielibyśmy w dyskusji „zaorać”. 😉
2. Zauważenie osądów
Drugim etapem jest zauważenie osądzających myśli, które na sto procent krążą już w tę i we w tę po naszej głowie. Które z nich sprawiają, że czujemy gniew? Dostrzeżenie ich w trakcie gorącej wymiany zdań jest dużo trudniejsze niż gdy jesteśmy spokojni. Tę umiejętność można potrenować za pomocą medytacji lub oddając się pisaniu strumienia świadomości, na sucho, zapobiegawczo, kiedy mamy chwilę dla siebie. Czym więcej jest do tego okazji, tym łatwiej nam będzie zachować zimną krew i klarowniej zobaczyć osądy i przekonania (własne i swojego rozmówcy) w sytuacji konfliktu.
3. Uświadomienie potrzeby
Każda z takich osądzających, negatywnych myśli na temat innych (lub czasem na nasz własny temat) wyraża którąś z naszych głębokich niezaspokojonych potrzeb. Trzecim krokiem jest połączenie ze sobą tych dwóch punktów: osądu i niezaspokojonej potrzeby, do której ten osąd się odnosił. Czasem nie wystarczy rozpoznanie swojej pierwszej potrzeby. Trzeba wtedy pokopać głębiej, by dotrzeć do potrzeby leżącej u podstaw wszystkich wtórnych potrzeb. Potrzeba wolności jest na przykład przyczyną poczucia potrzeby swobodnego rozporządzania własnym czasem, a to z kolei leży u podstawy potrzeby posiadania odpowiedniej rezerwy pieniędzy na koncie. Wkurzyć możemy się zatem pozornie z tak prozaicznego powodu jak nieplanowane w budżecie zakupy naszego partnera, wcale to jednak nie oznacza, że prawdziwą przyczyną naszego gniewu są wydane pieniądze (bodziec).
4. Uzewnętrznienie uczuć i potrzeb
Ostatnim z kroków jest uzewnętrznienie swoich uczuć i potrzeb w taki sposób, by stały się zrozumiałe dla osób, z którymi rozmawiamy. Jeśli trafiamy na opór, to zwykle nie dlatego, że ktoś nie chce zaspokoić naszej prośby, ale dlatego że nie rozumie naszej najgłębszej potrzeby (nic dziwnego, skoro często sami nie zdajemy sobie z niej sprawy) lub zwyczajnie boi się o potrzeby własne. A przy odrobinie umiejętności (czyli dzięki stosowaniu języka serca zamiast języka walki) naprawdę zaspokoić można potrzeby obu stron. Język serca polega na wyrażaniu swoich uczuć, potrzeb i próśb i wyczuleniu na uczucia, potrzeby i oczekiwania drugiej strony, zamiast oskarżania, negowania i wywierania nacisku.
Jak to robić w praktyce? To naprawdę jest temat na książkę (dlatego cieszę się, że powstało Porozumienie bez przemocy), ale z przyjemnością napiszę o tym i na Zenku. Już wkrótce.
Cześć! 🙂
Jestem bardzo ciekawa czy jesteś zainteresowana ideą empatycznego porozumiewania się (i w ogóle rozszerzaniem swojej empatii). A może to dla Ciebie wcale nie nowość i porozumienie bez przemocy od dawna jest u Ciebie w użyciu? Jeśli tak, koniecznie daj znać, jakie inne książki mi polecasz. 🙂
PS. Wiesz, że dziś ostatni dzień lutego? Kiedy to minęło, ja się pytam! :O
Jeśli artykuł Ci się podobał, możesz polubić fanpage Zenbloga i śledzić blog w serwisie Bloglovin’ i na Instagramie. Będzie mi bardzo miło, jeśli dołączysz do obserwujących lub podzielisz się tym wpisem z innymi! ?
Inne wpisy, które mogą Cię zainteresować: