Jeśli zdarza Ci się rezygnować z czegoś, co chcesz zrobić, tylko dlatego, że można zrobić to lepiej lub wracać jak maniak setki razy do tej samej części projektu, by sprostać własnym oczekiwaniom – wiesz czym jest ciemna strona perfekcjonizmu. Wiedział to też Chopin, może nawet lepiej niż ja czy ty, i mimo, że w jego przypadku owocem jest wybitna muzyka, proces tworzenia kosztował go miesiące udręk, ciągłych początków i zwątpień, nie mówiąc o zdrowiu i pogorszeniu relacji. George Sand, jego kochanka, dobitnie to opisuje.
Nie wiem co ostatecznie wpływało na jego decyzję o wydaniu utworu na światło dzienne (w przypadku dzisiejszych freelancerów-perfekcjonistów są to niewątpliwie tylko deadliny), ale gdyby nie ten czynnik, nigdy nie usłyszelibyśmy Nokturnów. Jak więc powinien pracować perfekcjonista, żeby nie potrzebować zewnętrznej motywacji do wypuszczenia produktu na światło dzienne?
Po pierwsze działaj. Optymalizacja przyjdzie później
Co prawda naczelną zasadą esencjalizmu jest optymalizacja pracy, ale jeśli masz problem z perfekcjonizmem, stosowanie zasady „najpierw research, potem akcja” może przynieść więcej szkody niż pożytku. Optymalizacja jest ważna, ale jeśli zaczynamy rozwiązywać hipotetyczne problemy, które wystąpiłyby dopiero na dalszym odcinku drogi, może być tak, że pojawi się w nas obawa, że sobie nie poradzimy i zniechęcenie, prowadzące do rezygnacji z obranego wcześniej celu. Patrząc kilka lat wstecz, widzę jak mało wiedziałam o problemach, z jakimi przyjdzie mi się zmierzyć. Gdybym przed założeniem firmy zdała sobie sprawę ze wszystkich trudności, prawdopodobnie uznałabym ten pomysł za zbyt ryzykowny a siebie za zbyt słabą do pokonania tych trudności.
Rozwiązywanie problemów na długo przed tym zanim się pojawią, znacznie osłabia też nasz potencjał – zamiast skupić się na rozwoju, myślimy wtedy o potencjalnych trudnościach, które mogą, ale wcale nie muszą nas spotkać i tracimy czas, bardzo cenny zwłaszcza na początku działalności. Pomyślmy tylko co moglibyśmy osiągnąć, gdybyśmy ten czas wykorzystali twórczo i o wiele bardziej adekwatnie do bieżącej sytuacji.
Zasada Pareta
Pan Pareto, włoski ekonomista, dawno temu zauważył, że 80% dóbr znajduje się w rękach 20% społeczeństwa, a później okazało się, że proporcje 80 do 20 mają zastosowanie w wielu innych dziedzinach. Na przykład w sprzedaży: statystycznie to 20% produktów/usług przynosi firmie 80% dochodu. Zasada określa stosunek zasobów do efektów (nakładów pracy do rezultatów), dlaczego więc nie odnieść jej do tworzenia produktu lub usługi? Może się okazać, że przez 20% czasu, który inwestujemy w przygotowanie produktu, udaje nam się uzyskać aż 80% jego jakości, a przez kolejne 80% naszego czasu szlifujemy pozostałe 20%. Co to oznacza?
Jeśli jesteś perfekcjonistą, na pewno jesteś też swoim największym krytykiem, a jednocześnie znawcą branży i wąskiego zagadnienia, którym zawodowo się zajmujesz. Możliwe, że tylko ty widzisz subtelne różnice w produkcie przed poprawkami i po nich, a co za tym idzie pozostałe 20% jakości, na które poświęcisz 80% swojego czasu będzie niedostrzegalne dla grupy docelowej. Dostrzegalne będzie za to znaczne wydłużenie czasu realizacji zlecenia. Czy w takim razie warto poświęcać czas (kosztem innych zleceń lub własnego wypoczynku, a paradoksalnie także kosztem zadowolenia klienta) na szlifowanie tych 20%?
Przeczytaj, jeśli chcesz więcej: 3 rzeczy, z których zrezygnowałam 1/2017.
Poczucie własnej wartości
Rozwijanie się zakłada wychodzenie ze swojej strefy komfortu, dlatego nie raz stajemy w obliczu zlecenia, które jest dla nas (lub wydaje nam się) wyzwaniem. Dla grafika może to być skomplikowany projekt, dla fotografa obróbka materiału wykonanego w trudnym oświetleniu, dla blogera poruszenie złożonego tematu, przy którym, ze względu na jego wagę, nie może być mowy o pomyłkach. Często obawiamy się, że nie będziemy w stanie spełnić swoich własnych (często wygórowanych) oczekiwań i dlatego wiecznie odkładamy to, co mamy do zrobienia. A przecież może się okazać, że kiedy już usiądziemy do pracy, projekt nie sprawi nam trudności.
Dlatego pozytywne nastawienie i wiara we własne możliwości mają bardzo duże znaczenie w walce z perfekcjonizmem (i prokrastynacją). Jeśli uwierzymy, że jesteśmy w stanie stawić czoła wyzwaniu, nie będziemy odkładać zabrania się do pracy na potem. W przekonaniu się o tym bardzo pomaga stoicka metoda małych kroków.
Wena jest przereklamowana
Przyjęło się, że pracując w artystycznych zawodach jesteśmy na łasce (lub niełasce) bliżej nieokreślonego nastroju, nazwanego weną twórczą, który jest w dodatku na tyle niezależny, że nie potrafimy go w sobie na zawołanie wywołać. O ile na pewno z weną pracuje się lepiej, tak jak lepiej nam się ćwiczy, gdy jesteśmy wewnętrznie zmotywowani, nieprawdą jest, że jej poczucie jest niezbędne do (twórczej) pracy, tak samo jak poczucie motywacji (rozumianej jako stan emocjonalny) nie jest konieczne do robienia przysiadów. Jeśli podejdziemy do kreatywnych elementów naszej pracy jak do tych, które nie wymagają natchnienia, okaże się, że są możliwe do wykonania bez najmniejszych strat na jakości, nawet jeśli chwilowo opuściła nas muza.
Przede wszystkim jednak nie należy czekać z rozpoczęciem projektu na moment pojawienia się natchnienia. Stan flow pojawia się przecież nie wtedy, kiedy siedzimy na kanapie, ale kiedy jesteśmy zaangażowani całym sobą w wykonywanie danej czynności. Znasz to powiedzenie, że wena przyszła, ale nie zastała nikogo przy biurku, dlatego odeszła niezauważona? No właśnie.
Przeczytaj, jeśli chcesz więcej: 5 przeszkód, które blokują Cię przed twórczym działaniem w życiu, sztuce i biznesie.
Rusz naprzód
Jako perfekcjoniści rzadko mamy poczucie, że zrobiliśmy coś wykorzystując 100% naszych możliwości, dlatego to ważne by, kiedy już raz zaakceptujemy ostateczny kształt wykonanego przez nas projektu, nie wracać do niego nieustannie, ale uznać pracę za skończoną. Oczywiście nie chodzi o to, by nie poprawiać tego, co zrobiliśmy źle lub nie przyznawać się do błędu, ale o to, by nie poprawiać tego, co zrobiliśmy dobrze lub bardzo dobrze, choć mogliśmy zrobić to jeszcze lepiej.
Zazwyczaj dobrą metodą odróżnienia od siebie tych dwóch sytuacji jest czas. To oczywiste, że jeśli miesiąc od zakończenia projektu (zwłaszcza kreatywnego) powrócimy do niego, możemy mieć chęć wprowadzenia poprawek – w końcu nasze doświadczenie pogłębiło się o cały miesiąc. Najprawdopodobniej jednak będzie to związane z tym, że mamy inne (nie lepsze/gorsze, ale po prostu inne) pomysły, które dziś wydają nam się lepsze od poprzednich, ale jutro możemy powrócić do punktu wyjścia, obiektywnie zaś projekt nie wymaga poprawek.
Dlatego jeśli już musimy wprowadzać zmiany, róbmy to możliwie najszybciej, a najlepiej tego samego dnia, kiedy jeszcze w podobny sposób myślimy o projekcie. W przeciwnym wypadku możemy poczuć potrzebę zaczęcia od początku czyli najkrócej mówiąc zaorania wszystkiego.
Jeśli nasz projekt jest wieloetapowy, dobrze jest zamykać poszczególne etapy projektu. Można je wyznaczać w oparciu o upływający czas (np. nie robimy poprawek na rzeczach, które zakończyliśmy dzień, dwa dni, tydzień temu) lub w oparciu o stopień zaawansowania naszej pracy. Czasem takie etapy zamknięcia wyznaczy nam życie i praktyka (np. nie poprawiamy projektu graficznego po wysłaniu go do drukarni), ale jeśli nie pojawiają się w naturalny sposób, warto o nie zadbać dla własnego komfortu.
Przeczytaj, jeśli chcesz więcej: Mogłabym być jak Gary, ale czegoś mi brakuje…
Nie bez powodu poruszam ten temat w pierwszym poście, jaki trafia na jeszcze pachnący świeżością blog. 🙂 Bo od dwóch lat próbuję przekonać się do kliknięcia „Opublikuj”. W tym czasie zmieniała się koncepcja, dużo czytałam, zastanawiając się która tematyka jest mi najbliższa, którą najlepiej będzie rozwijać w sieci. Pomysł we mnie dojrzewał, napisałam już kilkadziesiąt artykułów na różne tematy, które następnie szlifowałam, doprowadzałam do perfekcji, a potem kasowałam jako niepotrzebne, by następnego dnia pisać je od początku. Nieistniejący blog ewoluował, zmieniał się jego trzon i główna tematyka, pojawiały się nowe kategorie i odchodziły stare. Zanim jeszcze ktokolwiek go zobaczył. 🙂
Kilkakrotnie byłam nawet blisko wydania go na światło dzienne. Mam na myśli NAPRAWDĘ blisko – od miesięcy mam już miejsce na serwerze i zainstalowanego WordPressa, wszystkie potrzebne narzędzia, wtyczki i aplikacje. Ale za każdym razem rezygnowałam, za dużo myśląc o drobiazgach – w nieskończoność poprawiając detale. W przeciwieństwie do podejmowania decyzji w sprawie prowadzenia firmy, tu przeprowadziłam zbyt głęboki research, który zaszczepił we mnie obawę o to, czy to miejsce jest potrzebne, czy poradzę sobie, czy spełnię własne oczekiwania dotyczące jakości, etc.
Dziś uznałam, że dość tego. Wiem, jaka będzie tematyka i jaki będzie ten blog. Przestałam myśleć o tym, który z tematów będzie najbardziej chwytliwy i pomocny. Będę pisać o tym, co w danym momencie najbardziej mnie interesuje – dziś jest to samoświadomość i metody jej rozwijania, freelancing i projektowanie szczęśliwego życia. Stało się. Zrobione jest lepsze niż doskonałe! 🙂
Inne wpisy, które mogą Cię zainteresować: