Ten wpis zaczęłam pisać już kilka dni po rozpoczęciu nowego roku, ale postanowiłam nie publikować go aż do dziś – dopiero teraz widać efekty nowych decyzji. 🙂
Wszystkie trzy rozstania były dość trudne. Rozstanie z przedmiotami (i meblami) tylko logistycznie. Ale rozstanie z perfekcjonizmem i pewną sferą działalności zawodowej to dla mnie już wyższa szkoła jazdy. O tym, dlaczego zrezygnowałam i dlaczego było warto – poniżej.
1. Zbędne przedmioty
Ograniczam liczbę rzeczy, bo poprawia to mój komfort. Nie chodzi tu o minimalizm estetyczny, więc proszę, nie pisz w komentarzu, że Tobie też bardziej podobają się minimalistyczne wnętrza, bo ja tu staram się nie o tym. 😉
Raczej chodzi o to, czy Ty masz rzeczy, czy rzeczy mają Ciebie (Twój czas i przestrzeń, które może wolałbyś przeznaczyć na coś innego) i czy są potrzebami Twoimi, czy Twojego ego.
– Czy tę książkę lubię ja, czy ty, drogie Ego?
– Tę książkę lubią przecież wszyscy inteligentni ludzie.
– Aha! Dziękuję, ty mi zawsze tak dobrze doradzisz. <3
Kilka lat temu okazało się na przykład, że zrezygnowanie z posiadania prawie dwustu książek jest do przeskoczenia i nie odpadła mi z tego powodu żadna ręka ani noga, a intelekt prawdopodobnie też nie zmalał.
Co wyrzuciłam tym razem? Puste pudelka po sprzęcie i akcesoriach, ostatnie z książek, z którymi nie czułam się związana, akcesoria fotograficzne, które zalegały w szufladzie latami, jednometrowy regał i wieeelką szafę, siaty za małych lub za dużych ubrań (hm, technicznie rzecz biorąc są nominowane do sprzedania i oczekują na swój dalszy los w innym pomieszczeniu, więc będę musiała jeszcze do nich wrócić).
Zamiast nich pojawił się element znacznie poprawiający mój komfort życia – biurko. Takie, które mieści wszystko, czego potrzebuję w trakcie pracy, zwłaszcza mnie. Wcześniej pracowałam z poziomu kanapy, monitor (obróbka zdjęć na laptopie nie ma sensu) miałam ustawiony na komodzie, a klawiaturę trzymałam na kolanach. Praca przy biurku jest znaaaacznie przyjemniejsza! 🙂
Nie jest jeszcze idealnie – usunięcie zabudowanej do sufitu szafy i regału odsłoniło… farbę w zupełnie innym kolorze, więc obecnie siedzę przy biurku przy hipsterskiej ścianie, pomalowanej z jednej strony na biało, z drugiej na żółto, sufit w miejscu szafy zdradza zaś niedawne roszady.
Niestety nie obyło się bez strat w ludziach – leczę palec u nogi, by za niecały miesiąc biegać z aparatem na ślubie naszej Pary. 😀
2. Perfekcjonizm
W grudniu widziałam już jak na dłoni, że praca zawodowa przez ostatni rok wycisnęła ze mnie dosłownie wszystko. Starałam się tak bardzo, że nie tylko ślęczałam dniami i nocami nad monitorem nad przygotowaniem zdjęć i nie było ze mną kontaktu od jesieni przynajmniej do świąt, ale i moje starania bywały odbierane jako możliwość naginania ustaleń i rozszerzania wachlarzu oczekiwań.
Dziś wiem, że nie należy cenić pracy (zwłaszcza tej ponad zakres umów) wyżej od własnego zdrowia czy dobrego samopoczucia. Fotografowanie ślubu ze złamaną nogą, praca po nocach by przygotować zdjęcia gratis, które nie zostaną docenione, praca nad jakością, by usłyszeć „czemu tak późno” – to moje własne wybory.
Nie jestem w stanie przy zachowaniu zdrowia, satysfakcji i zadowolenia z pracy dalej iść tą drogą i ogromnie się cieszę, że doszłam do tej ściany. Mam nadzieję, że najbliższy sezon wiele w moim życiu zmieni i że nie stracę ponownie tego balansu.
3. Część działalności zawodowej, której nie czuję
Być może porzucenie perfekcjonizmu jest trudne (sądzę, że jeszcze dużo przede mną), ale nic nie przewyższa trudności zrezygnowania z czegoś, w czym jesteśmy, hm, całkiem nieźli.
Wyobraź sobie: w Twojej głowie powstaje marzenie. Chcesz realizować COŚ WSPANIAŁEGO. Zastanawiasz się, jak robić to najlepiej. Kupujesz specjalne oświetlenie, statywy, lampy, dwie-trzy walizki dodatków, by marzenie to spełnić jak najlepiej, by nie być przeciętnym w tej dziedzinie, a być świetnym.
Poświęcasz czas na naukę, pracujesz dla samego doświadczenia i portfolio. Wszystkie elementy składowe są trudno dostępne i najczęściej drogie, ale w końcu udaje Ci się zgromadzić wszystko, czego potrzebujesz, a nawet trochę więcej, cenisz wszak różnorodność. Masz wszystko i poświęciłeś na tyle dużo czasu na rozwój, że jesteś w tym naprawdę dobry. Ale teraz już wiesz, że to nie jest to, co chcesz dalej robić.
Brzmi absurdalnie? Byłam właśnie w takiej sytuacji, a moim dawnym (i spełnionym) marzeniem o czymś pięknym było realizowanie uroczych sesji noworodkowych – takich w kolorowych kocykach, koszyczkach, wełnianych ubrankach, czapeczkach, dla najsłodszych na świecie bobasków i ich rodziców.
Wykonywałam takie zdjęcia przez kilka lat, ale z każdą następną sesją czułam, że nie chcę w tej stylistyce opowiadać historii z pierwszych dni z życia dzieci. Chcę, żeby zdjęcia były silniej związane z rzeczywistością, przedstawiały maluszka w naturalnej scenerii. W ramionach mamy, taty, z braciszkiem, w swoim łóżeczku, w chuście. I chcę przekonywać, że takie zdjęcia też mogą chwytać za serce.
Biorąc pod uwagę czas i środki, które przeznaczyłam na zdobywanie doświadczenia i gromadzenie wszystkich tych uroczych, cholernie drogich i trudno dostępnych akcesoriów, była to trudna decyzja. Ale dzięki każdej rezygnacji otwierają się przed nami nowe drzwi.
Cieszę się, że podjęłam taką decyzję. A jeszcze bardziej cieszę się, że ostatnio właśnie taką sesję noworodkową udało mi się zrobić. Piękną, szczerą, naturalną. Z pełnią miłości między rodziną. Miłość jest wystarczająco piękna bez wszystkich dodatków.
Rzucam Ci rękawicę rezygnacji!
Takiej dobrej, motywującej do działania, która ma oczyszczającą moc i robi miejsce na nowe. Daj znać, czy jest w Twoim życiu coś, z czym najbardziej chciałbyś się rozstać. 🙂
PS. Będę też wdzięczna za wszelkie rady, gdzie najlepiej sprzedawać ubrania (skutecznie i szybko, cena jest drugorzędna).
Inne wpisy, które mogą Cię zainteresować: