Jak radzić sobie ze stresem | 7 sprawdzonych technik

W moim zawodzie stres jest na porządku dziennym. Oczekiwania są bardzo duże, a jednocześnie szansa na ich realizację tylko jedna, trwająca sekundy. Do tego presja czasu i jakości. Wszystko dzieje się szybko i nic nie da się powtórzyć. To jak wąski przesmyk, w który trzeba precyzyjnie trafić, pędząc z ogromną prędkością. Kojarzysz scenę pościgu statków kosmicznych w Star Wars? Idealnie obrazuje pracę fotografa na ślubie. 😉

Sfotografowaliśmy (z moim partnerem) już kilkadziesiąt ślubów, mamy masę doświadczeń i naprawdę dobrze robimy to, co robimy. A jednak przed każdym zleceniem mam taką samą tremę jak na początku i nie sądzę, by kiedyś mnie opuściła.

Najchętniej napisałabym: Hej! wybierzmy sobie pracę o niskim poziomie stresu, a będziemy szczęśliwi! Ale niestety to tak nie działa. Bo czasem, nasze nieznające konformizmu serce freelancera, ciągnie nas w oko cyklonu. 🙂 Możesz tylko nauczyć się sobie radzić.

Biologiczna strona stresu

Niestety, nasza biologia w momencie stresowym odcina nam dostęp do jasności umysłu. Nasze ciało działa wtedy tak, jakbyśmy znaleźli się w sytuacji walki o życie:

  • Nadnercza zaczynają wydzielać kortyzol, adrenalinę i noradrenalinę – hormony, odpowiedzialne za przyspieszenie akcji serca, pobudzenie tętna i płytki oddech, oraz za blokowanie tych funkcji, które nie są przydatne w bezpośrednim niebezpieczeństwie, na przykład trawienie lub aktywność kory przedczołowej (odpowiedzialnej za myślenie abstrakcyjne, planowanie i rozwiązywanie problemów). Po co komu trawić, kiedy trzeba uciekać, po co rozważać wszystkie opcje, kiedy powinniśmy zareagować jak najszybciej.
  • Kortyzol zwiększa poziom glukozy (więc dostajesz nagły zastrzyk energii), napinają się mięśnie, cały się spinasz, więc w potencjalnej sytuacji zagrożenia jesteś nawet w stanie dać komuś w zęby lub szybciej uciekać. A kiedy jesteś ranny, hamuje stany zapalne, żeby jak najdłużej utrzymać Cię przy życiu.
  • W stresie pobudzane jest również ciało migdałowate – część mózgu, która odpowiada za pojawianie się negatywnych emocji i lęku. Skupiamy się więc nie na rozwiązaniu, ale na samym problemie, nieświadomie go wyolbrzymiając i podsycając w sobie strach.

Stres działa na zasadzie kuli śniegowej – przyspieszone tętno wprawia nas w jeszcze większe zdenerwowanie, brak możliwości trzeźwej oceny sytuacji tylko pogłębia nasz problem, a ciało migdałowate sprawia, że czujemy jeszcze większy lęk, niż na początku, zatem sami nakręcamy się własnym stresem.

Lęk w stresie nie jest prawdziwym lękiem. Jest tylko reakcją fizjologiczną. Nie ma sensu brać go w stu procentach serio. Dlatego pierwsze, co trzeba zrobić (zanim przejdziemy do psyche), to jak najszybciej pozbyć się objawów.

Jak szybko pozbyć się objawów stresu?

Przewlekły, wysoki poziom hormonów stresu prowadzi do wielu chorób, dlatego jeśli już się czymś stresujemy, to koniecznie odstresowujmy się na poziomie objawów i, do licha, nie pijmy już tej kawy (magnez)!

Pewnie wszyscy intuicyjnie wiemy, co tu pomaga: bliskość natury (świeże powietrze, spacery, zieleń), oddechy, dotyk (przytulenie, masaż), rozluźnianie mięśni (przeciągniecie się, stretching, Mikrożycie ostatnio polecała metodę Jacobsona), skupienie wzroku na jednym punkcie (czytanie, kolorowanki), sen, słońce i D3, ruch (taniec, bieganie – endorfinyyy!), śmiech i dobra dieta (w tym magnez, czyli np. pestki i banany), a nawet podniesienie rąk do góry i uśmiechnięcie się do siebie (choćby sztuczne uniesienie kącików ust ku górze zadziała bardziej niż nic).

Można też pójść dalej i dodać do listy odstresowywaczy coś na poziomie psychiki: uważność (mindfulness, niemyślenie, medytacja, skupienie się na jednej czynności, choćby na zmywaniu) i wdzięczność (czyli umiejętność odpowiedniej selekcji faktów) – one też „leczą” stres objawowo. Z uważnością jest pewna pułapka, ale o tym innym razem, by nie tracić na klarowności.

No, to kiedy jesteśmy już w stanie spokojnie oddychać, możemy pokopać głębiej. 😉


1. Hello, Stres! <3

Ok, Stres, widzę że jesteś. Co Cię do mnie sprowadza?

Obiektywnie stres nie jest (z natury) zły (czy coś w naszym ciele jest??). To trochę tak, jak w przypadku posłańca złej nowiny. Przychodzi Ci coś obwieścić, a Ty zamiast słuchać, denerwujesz się, że w ogóle przyszedł.

Lepiej zrozum jego rolę i zaakceptuj. Tak naprawdę, świetnie, że jest. Możesz zauważyć czego się boisz. Widzisz zagrożenie lub swoje fałszywe przekonania na temat zagrożenia. A wszystko dzięki niemu! Ja mojemu mówię tak:

Dzięki za info, mam to na oku! Możesz iść!

Jak jestem w formie. I on naprawdę idzie. Jeśli go zauważysz, spełni swoją rolę i odejdzie. Po prostu zauważ, że się stresujesz, zauważ swoje zestresowane i przestraszone myśli. To najważniejsza rada ze wszystkich siedmiu.

2. Najgorszy scenariusz

Niezależnie od tego, czy zamartwiamy się drobiazgiem (pogoda, spóźnienie) czy czymś nieco bardziej istotnym (np. zbliżający się egzamin), w zmniejszeniu stresu pomóc nam może… uświadomienie sobie wszystkich najgorszych konsekwencji. Pytanie o najgorszy możliwy scenariusz, to jedna z najlepszych rzeczy, jakich nauczył mnie mój partner. 🙂 Jeśli stres na dobre się u mnie rozgości, siadam z nim (ze Stresem 😉 ) i mówię:

Dobra, stary, jaki jest ten najgorszy scenariusz? Zginiemy? Umrzemy śmiercią tragiczną? Ktoś inny umrze śmiercią tragiczną? Nie? Aaaa! Spóźnimy się 10 minut na spotkanie, mówisz? To chyba nie tak źle! Mogę to przetrwać.

Brzmi to zabawnie, ale powiedz sam, czy Twoje myśli nie są równie zabawne?

Niektórzy korzystają z podobnych pytań: i co z tego? czy za rok będzie to dalej ważne? co to zmieni? Czasem te dodatkowe pytania są konieczne, jeśli konsekwencja wydaje nam się szczególnie nieprzyjemna. Np. przy stresie przed egzaminem, możemy zapytać siebie: jaki jest najgorszy scenariusz? Niezdanie egzaminu. Jeśli wydaje się to prawdziwą tragedią, pytajmy dalej: Co z tego? Będę musiał pójść na poprawkę. Co z tego? Mój wizerunek inteligentnej osoby legnie w gruzach / Będę musiał poświęcić dodatkowy czas na naukę / Moi rodzice lub mój partner będą zawiedzeni. Co z tego? Hm, tak naprawdę chyba nic wielkiego się nie stanie.

Proponuję jeszcze jedno pytanie pomocnicze: czy to na pewno obiektywna prawda, stuprocentowo pewne następstwo? Zwykle scenariusze, które budujemy w głowie mogłyby być kanwą filmu katastroficznego, daleko im od realizmu lub prawdopodobieństwa. Oczywiście mogą się wydarzyć, ale jaka jest na to szansa? To najgorszy scenariusz z możliwych, ale zapewne nie będzie tak źle.

Uświadomienie sobie, że najgorszy scenariusz nie jest końcem świata, a w dodatku realne perspektywy są o wiele lepsze, bardzo pomaga.

3. Opowieść o mistrzu Zen

W pewnej książce przeczytałam kiedyś historię, która w mojej głowie ewoluowała i zapamiętałam ją jako opowieść o mistrzu Zen. Odnalazłam ją, żeby Wam zacytować, ale okazało się, że w oryginale brzmi trochę inaczej. Przytoczę więc wersję, w której ją zapamiętałam, bo taka bardziej mi się podoba. 🙂

Mistrz Zen wygrał na loterii. Jego bliscy mówili: Co za szczęście! Jak wspaniale, że wygrałeś! A on odpowiadał: Czy to dobrze, czy to źle – kto to wie? Niestety wieść o wygranej szybko się rozeszła i następnego dnia został okradziony, a do tego jeszcze dotkliwie pobity. Trafił do szpitala. Jego przyjaciele mówili: Co za nieszczęście, ta wygrana jednak nie wyszła ci na dobre… A on odpowiadał konsekwentnie: Czy to dobrze, czy to źle – kto to wie? W szpitalu spędził kilka dni. W tym czasie trwała kilkudniowa ulewa i, jego stojący na urwisku dom, nocą obsunął się do morza. Wtedy bliscy powiedzieli: Miałeś rację! To szczęście, że znalazłeś się tu, w szpitalu, bo w innej sytuacji mógłbyś już nie żyć! A on odpowiadał: Czy to dobrze, czy to źle – kto to wie?

I faktycznie, życie jest nieobliczalne i nigdy nie wiemy co czai się za zakrętem, dlatego ocenianie przydarzających się nam sytuacji jako dobrych lub złych jest oznaką małej wyobraźni i pewnej naiwności. Wydarzenia po prostu są, a czy będą dla nas fortunne czy nie – dowiemy się albo w przyszłości, albo (to myślenie bardziej mi odpowiada) nigdy. Nie jesteśmy w końcu w stanie poznać wszystkich alternatyw. Możemy tylko obiektywnie stwierdzić, że jest ich nieskończenie wiele. A skoro tak, nierozważnie byłoby oceniać to, co przeżywamy jako dobre lub złe.

W tym kontekście serdecznie polecam przesłuchanie podcastu Lepiej Teraz, który linkowałam w lutowym zestawieniu Czego słuchać w trakcie pracy. Magdalena Chołuj (mistrzyni dochodu pasywnego) opowiada o tym, jak trudna sytuacja życiowa zmotywowała ją do ciężkiej, ale i efektywnej pracy, za którą dziś jest sobie ogromnie wdzięczna.

PS. W oryginalnej wersji opowieści o Mistrzu Zen, mistrz nie był zwany mistrzem, a jego odpowiedź brzmiała: być może, ale ja wolę swoją wersję – według mnie lepiej obrazuje to, o czym mowa. 🙂

4. Stoicyzm, czyli na co mam wpływ

Stoicy nieustannie są dla mnie kopalnią inspiracji. Proponują oni podział rzeczy, którymi się martwimy, na zależne i niezależne od nas. Ale uwaga! Zależne od nas jest tylko to, co zależy od nas w całości. Jeśli choć jeden procent pozostaje w rękach innego człowieka lub czynników zewnętrznych, według stoików nie jest to rzecz zależna od nas.

Łatwo się domyślić, że do rzeczy od nas zależnych, należy według stoików tylko to, co wewnątrz nas –  stany ducha (ha! a więc szczęście i nieszczęście także!), usposobienie, wyobrażenia, postawa wobec świata, cechy charakteru, pragnienia, sądy, urazy, wartości, cele, etc. Natomiast pieniądze, zdrowie, opinie innych ludzi są według stoików od nas niezależne.

Spoko, nie bój się, nie chodzi tu o socjalizm ani o rzucenie wszystkiego w diabły. Chodzi o to, by klarownie widzieć, że jest tylko wąska grupa rzeczy, na które mamy pełny, absolutny wpływ (wpływ połowiczny albo nawet 99-procentowy, to w tym wypadku żaden wpływ). Pozostałe mogą być nam odebrane, niezależnie od naszych starań (co oczywiście nie znaczy, że nie należy się starać).

To skoro to już wiemy, pora na pytanie, które pomaga w walce ze stresem: czy mam na to wpływ? To pytanie powinniśmy stawiać sobie za każdym razem, kiedy czymś się stresujemy.

Czy mam wpływ na to, że komuś nie podoba się coś, co robię? Nie mam wpływu na jego opinię, mogę jedynie przestać to robić, nie o to jednak chodzi. Jego opinii na ten temat nie mogę zmienić. Nawet jeśli będę próbować przekonać go racjonalnymi argumentami, swoją opinię zmieni tylko wtedy, kiedy sam będzie tego chciał. Racjonalnie, nie mogę więc odpowiadać za czyjeś opinie ani obwiniać się, jeśli nie udało mi się zmienić czyjegoś zdania.

Czy mam wpływ na to, że przez wypadek na drodze stoję w korku i spóźnię się na spotkanie? Czy mam wpływ na to, że przewagą głosów został wybrany inny polityk niż ten, którego wyboru bym sobie życzył? Czy mam wpływ na to, że niektórzy ludzie nie radzą sobie z własnymi emocjami? Czy mam wpływ na to, że złamałem nogę/złapała mnie grypa i nie mogę zrobić tego, co planowałem?

Jeśli nie mamy na coś wpływu, według stoików powinniśmy zaakceptować to jako warunki gry, stan narzucony, w obrębie którego możemy kształtować to, na co mamy wpływ – nasz stan ducha, działania, cele, umiejętności, podejście do świata, wartości, cechy charakteru, etc. Dlatego właśnie tak często mówi się o tym, że szczęście to wybór, dostępny dla każdego, niezależnie od okoliczności.

5. FOMO kontra wiara w siebie

FOMO czyli fear of missing out to lęk o to, że podejmując decyzję, przegapimy mnóstwo świetnych alternatyw. Mamy problem z FOMO, jeśli na przeczytanie czeka coraz większa sterta książek, a my mamy poczucie winy, że nie jesteśmy w stanie przeczytać ich wszystkich. FOMO to również sytuacja, w której otwieramy dziesiątki zakładek w przeglądarce i wkurzamy się jeśli (o zgrozo, wiem 😉 ) komputer potrzebuje niezwłocznego resetu – w końcu na pewno przegapimy wiedzę tak ważną, że zapewne zmieniłaby nasze życie. Na FOMO cierpimy także, jeśli podejmując jakieś działanie czujemy wyrzuty sumienia, że nie robimy czegoś innego, będąc w jednym miejscu, czujemy się winni, że nie jesteśmy w innym.

Już chciałam napisać, że stoicy nic o FOMO do powiedzenia nie mają, bo chyba jednak tempo życia te dwa tysiące lat temu było trochę mniejsze… ale proszę:

Czy więc mierzysz sobie pobyt w Rzymie i duszą rwiesz się do Aten? A kiedy będziesz już musiał umrzeć, czy i wtedy z płaczem zwrócisz się do nas, że już nie dane ci będzie nigdy zobaczyć Aten?

– Epiktet (50-130 r.), Diatryby, III. 24.

I/II wiek naszej ery, a FOMO już istnieje. :O

Najprostszą drogą do antyfomo jest zaakceptowanie (pseudo)straty i uwierzenie w nasz własny, rzetelny osąd. Każdy wybór niesie za sobą rezygnację. Nawet brak decyzji jest pewnym wyborem, tyle że z reguły najmniej optymalnym. Powinniśmy więc rozważyć za i przeciw, podjąć decyzję i wierzyć w naszą umiejętność oceny sytuacji, bo zapewne jest to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć na podstawie dostępnych nam, w chwili jej podejmowania, informacji i aktualnych umiejętności ich przetwarzania.

Nawet jeśli później pomyślimy, że wybór był zły (hmm… zły? Patrz: opowieść o Mistrzu Zen), był to nasz wybór, nasze doświadczenie, budujące naszą jedyną drogę. Patrząc do przodu wydaje nam się, że tych dróg jest nieskończenie wiele, patrząc w tył – jest tylko jedna. Nie jest ona ani lepsza ani gorsza od pozostałych. Po prostu jest naszym zbiorem doświadczeń. W przyszłości możemy za nie dziękować losowi, bo okażą się nieodzowne lub pomogą lepiej podjąć kolejną decyzję.

Jeśli chcesz wiedzieć jak poradzić sobie z FOMO, zachęcam do przeczytania tego wpisu.

6. Antyperfekcjonizm

Niektórzy z nas mają gdzieś głęboko zakodowane przekonanie, że powinniśmy być perfekcyjni. I w ogóle dużo powinniśmy. Może nie przyznajemy tego głośno, ale wychodzi to na jaw przy każdym, nawet najdrobniejszym potknięciu lub niespełnieniu swoich zamiarów, planów czy marzeń. Wydaje nam się, że nasza wartość jako ludzi zależy od umiejętności osiągania ciągłych sukcesów na wszystkich polach.

Bywa, że czujemy się winni, że nie zbieramy laurów w jakiejś dziedzinie życia, zupełnie nie zauważając, że inne sfery mamy dopięte na ostatni guzik i moglibyśmy być wzorem dla innych. Chcemy wszystkiego. Naraz. Teraz. A jeśli tego nie wypracowujemy (patrz: Stoicyzm – czy mam na to wpływ?), jesteśmy zawiedzeni i rozczarowani sobą.

Tymczasem nie musimy być perfekcyjni. W większości przypadków wystarczy, że będziemy wystarczająco dobrzy, a różnica między wystarczająco dobry a perfekcyjny zwykle nie jest zauważalna dla innych ludzi. Wyłącznie dla nas. Jest ok, jeśli nie jesteś perfekcyjny, większość ludzi nawet tego nie zauważy.

Chęć spełniania (często własnych) wygórowanych oczekiwań, zbyt często skutkuje wypaleniem lub nie robieniem w efekcie niczego. Sam powiedz: z ilu rzeczy w życiu zrezygnowałeś, bo uznałeś, że nie będzie to wystarczająco dobre? Ze zrobienia zdjęcia? Z podjęcia pracy? Z rozpoczęcia nowego projektu lub zainteresowania się nowym hobby?

Czy potrafisz, jak dziecko, wziąć się za namalowanie obrazu? Jeśli w Twojej głowie pojawił się argument: ale przecież ja nie potrafię malować!, pomyśl o tym, czy nie towarzyszy Ci perfekcjonizm.

Więcej o perfekcjonizmie pisałam w pierwszym artykule na Zenblogu: Zrobione jest lepsze niż doskonałe. Kliknij, jeśli chcesz przeczytać więcej na ten temat.

7. To tylko myśli

Na koniec, klucz do rozprawienia się z własnymi stresami raz na zawsze. Stres zawsze, zawsze, ZAWSZE nakręcany jest przez nasze myśli. Nasze zniekształcenia, mylne przekonania na temat rzeczywistości mają fundamentalny wpływ na jego poziom w naszym życiu.

Rzadko widzimy tak klarownie jak stoicy, co jest od nas zależne a co nie, rzadko zdajemy sobie sprawę z FOMO lub własnego perfekcjonizmu, rzadko kiedy w ogóle zauważamy myśli. Właśnie dlatego do walki ze stresem zaleca się uważność i mindfulness, czyli dwie strony tej samej rzeczy: higieny myśli.

Przede wszystkim powinniśmy przyjąć, że myśli nie opisują stanu rzeczy – są jedynie naszą subiektywną projekcją. Właściwie to nawet nie naszą, a naszego ego. 😉 W rzeczywistości połowa z tych mimowolnych myśli nie przeszłaby nam, świadomym, przez gardło, a jednak pojawiają się gdzieś w naszej głowie, stają się przyczyną stresu, a my nawet nie zdajemy sobie sprawy ile fałszywych przekonań w nich tkwi.

Jeśli chcesz rozprawić się z własnymi myślami, zajrzyj koniecznie do wpisu o terapeutycznej mocy pisania (link poniżej) – tam znajdziesz przepis na to, jak przyłapać własne myśli na gorącym uczynku, a jeśli chcesz poznać więcej korzyści płynących z pisania, sprawdź 5 sytuacji, w których wykorzystasz strumień świadomości (link po prawej):


A jakie są Twoje metody na stres?

Mówię zarówno o tych leczących objawy, jak spacer po lesie, przytulenie lub książka, jak i o tych docierających głębiej, na poziom przyczyny stresu. Jestem bardzo ciekawa jak radzicie sobie w takich chwilach, prywatnie i zawodowo. 🙂


Obserwuj ZenBlog w Bloglovin’ i na Facebooku.

  • Dziękuję Aneta za podzielenie się tymi sposobami. To, co mi pomaga to niedopuszczenie do sytuacji, że stres przejmie kontrolę. Pewnie, że czasem się stresuję, ale staram się wtedy uspokoić, pomyśleć na co mam wpływ, co mogę zrobić z sytuacją. Dużo jest też w naszej głowie i mimo stresu – staram się działać, by on mnie nie paraliżował. Nie chcę by rządził 🙂 Pomocna w stresie jest też dla mnie metoda małych kroków – gdy wiem, że coś bardzo mnie stresuje ( i mam taką możliwość ) to określam małe kroki, dzięki którym mogę oswoić się ze stresem.

    • Dzięki, że napisałaś. 🙂 Faktycznie, małe kroki są do tego idealne. Sama korzystam z nich, gdy trudno mi się zmotywować do konkretnego działania, a w stresie mogą przecież pomóc przejść przez wszystkie jego fazy. Super, że o tym wspomniałaś.

      • Dokładnie, ja mam czasem takie opory , oczywiście w głowie . Wtedy zamiast rzucić się na głęboką wodę, wolę zaczynam małymi krokami. WIem, że u niektórych osób taka głęboka woda działa świetnie, ale ja akurat wiem, że w pewnych sytuacjach nie dałabym rady. Czasem z kolei, gdy sytuacje są trochę łatwiejsze dla mnie, tłumaczę sobie w głowie, że to właśnie myśli chcą mnie powstrzymać i przecież – dam radę 🙂

        • Też nie jestem zbyt dobra w rzucaniu się na głęboką wodę – mam wtedy za dużo wątpliwości i bywa, że sama sabotuję przez to swoje działania, bo wydaje mi się, że to co się dzieje wyprzedza moje możliwości. Chyba jestem analitycznym typem osobowości: najlepiej czuję się, kiedy mam czas wszystko na spokojnie przemyśleć i poukładać, także wewnątrz siebie. 🙂

          • Aneta mam bardzo podobnie 🙂 Muszę mieć plan, wcześniejsze przygotowanie i wtedy zdecydowanie lepiej działam 🙂 Czuję się też pewniej dzięki takim wyznaczonym zadaniom i ewentualnym małym krokom 🙂

  • Beata Nowicka-Misiewicz

    Rewelacyjny wpis! Rzeczywiście to pogłębione podejście do stresu – praca z myślami, przekonaniami itp. U mnie FOMO ostatnio, ale odkąd popsułam smartfona i nie przeglądam FB na telefonie, oraz zaczęłam czyścić newslettery w poczcie, to poziom FOMO i stresu zdecydowanie się zmniejszył!

    • Super 🙂 U mnie antyfomo funkcjonuje już jakiś czas i zdaje mi się, że robię delikatne postępy. Zapragnęłam nawet wyłączyć facebookowe i instagramowe powiadomienia na telefonie (przy zachowaniu włączonego internetu do GPSa lub Endomondo). Tylko na razie nie znalazłam skutecznego wyłączacza. A to byłby hit hitów, taka aplikacja do wyłączania powiadomień!

  • Aneta, rzetelny wpis! Bardzo dobrze się czyta:) kolejny raz się przekonuję, że jesteśmy pokrewnymi duszami:) Aż się uśmiechałam do siebie, jak czytałam poszczególne etapy. Też mam stresującą pracę i tak, jak Ty- zastanawiam się w chwili stresu, co się wydarzyć może najgorszego. u mnie pikanterii dodaje fakt, że moje pomyłki w pracy mogłyby mnie sporo kosztować tak całkiem realnie. Naprawę sporo. Staram się zawsze wtedy sobie tłumaczyć,że to tylko pieniądze, a najważniejsze są dla mnie Rodzina i Zdrowie. A kiedy mam stres przed wystąpieniem publicznym, wyobrażam sobie wszystkich siedzących przede mną ludzi na plaży;) Widok w strojach plażowych pozbawia moich słuchaczy tej aury powagi i od razu śmielej mi się mów;) Bardzo przyjemnie mi się czytało Twój artykuł:)

    • Marzena, dziękuję za miłe słowa. Technika wyobrażania sobie ludzi, których opinii się obawiamy, w kostiumach kąpielowych – genialna. 🙂 W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi.

  • Stres to najgorszy doradca więc warto poszukiwać sposobów na to by się go pozbyć 🙂 Moim zdaniem jedną z ważniejszych rzeczy jest zdawanie sobie sprawy z tego, że się niepotrzebnie denerwujemy i stresujemy oraz to, że całe te nerwy są niepotrzebne w wielu sytuacjach. Stres może być mobilizacją, ale w odpowiednich sytuacjach i natężeniu.

    • Najgorszy doradca – to prawda. A w stresie nawet nie widzimy jak dużą ma siłę przekonywania!

  • Zapisuję sobie to i będę wracać, bo niestety tendencję do stresowania się wszystkim odziedziczyłam po mamie. I widzę jak to destrukcyjnie wpływa nie tylko na zdrowie psychiczne, ale również to fizyczne!

    • Super, że to zauważyłaś, ciężko zauważyć w sobie dziedziczone cechy i czasem po prostu wiernie się je odtwarza – zauważenie to jak połowa sukcesu. 🙂 Ja też widzę skutki fizyczne u siebie i dlatego bardzo chciałam stworzyć ten wpis. Życie jest i tak wystarczająco krótkie, nie ma co go sobie skracać stresem 🙂

  • drugi sposób stosuję od dawna.

    bardzo wartościowy artykuł.

    • Najgorszy scenariusz – super sprawa. 🙂 A ja ostatnio najpierw siebie pytam „czy to dobrze czy to źle”, bo już tyle razy życie mi pokazało, że jest dokładnie odwrotnie! Dzięki, że napisałaś 🙂

  • Patrycja Czubak

    Muszę wziąć sobie Twoje rady do serca, bo dość często pokonuje mnie stres.

    • Mnie czasem też. 🙂 Chyba wszyscy nad tym pracujemy. Pocieszające jest to, że z każdym rokiem życia jesteśmy w tym lepsi. W końcu przestajemy brać tak wiele rzeczy zbyt serio. 🙂

      • Patrycja Czubak

        Mam poczucie, że u mnie to działa odwrotnie. Im jestem starsza tym bardziej się przejmuje 🙂

        • Mi bardzo wiele dała książka „Sztuka życia według stoików” – chyba najlepsza książka o odpuszczaniu, jaką czytałam.

          • Patrycja Czubak

            Muszę przeczytać 🙂

  • Ja mam straszne problemy ze stresem, dlatego Twoje metody biorę sobie do serca i działam :). Baaardzo fajny wpis, muszę zaglądać do Ciebie częściej. Miłego dnia!

  • Na temat stresu w zeszłym roku przeczytałam bardzo ciekawą książkę – „Wewnętrzna gra: stres” Gallwey’a. Przedstawiono w niej mechanizm powstawania różnego rodzaju stresu i techniki jego łagodzenia.

    • Dzięki, że napisałaś. Nie znam tej książki, napiszesz coś więcej o technikach w niej przedstawionych? Warto czytać?

      • Autor książki przez wiele lat zajmował się psychologią sportu, a wspomniany poradnik przygotował we współpracy z dwoma lekarzami. Narzędzia, które prezentuje w książce, noszą nazwy, które niewiele laikowi mówią 😉 np. drzewo równowagi, metoda STOP, trójkąt ENS, przedefiniowanie, zamiana ról, czarodziejskie pióro. Ale wbrew pozorom są łatwe w zastosowaniu. Według mnie lektura warta polecenia 🙂

  • Ja powiem tak: stres jest istotnym czynnikiem motywującym nas do działania. On powoduje że nagle niemożliwe staje możliwe, a efekt działań jest o niebo lepszy niż był założony. Owszem, jest stres który paraliżuje – mnie jednak nigdy nie dopadł, a z tym pierwszym się już zdążyłam zaprzyjaźnić 🙂

    • Masz rację, odrobina stresu jest mobilizująca i to też sygnał, że potrzebne jest zwarte działanie. Czasem „o, stres, dzięki, że jesteś, zajmę się tym!” wystarcza 🙂

  • Fajnie, mądrze to podsumowałaś. 🙂 I dziękuję bardzo za podlinkowanie. 🙂 Zastanawia mnie, czy dawniej ludzie byli równie zestresowani co my teraz. Tak wiele w końcu teraz mówimy o stresie i jego negatywnych skutkach dla zdrowia, ale czy kiedyś było inaczej? Być może stres był powodowany przez inne czynniki i sytuacje, ale z całą pewnością był równie obecny w życiu ludzi, co teraz. My borykamy się z tempem życia, cywilizacją, przytłoczeniem informacjami – nie z wojnami, głodem, ekstremalną biedą, które kiedyś były znacznie bardziej powszechne.
    P.S. Odnośnie zawodu pozbawionego stresu – chyba taki nie istnieje. Słyszałam tylko raz o osobie, która taki wykonywała. Chłopak został zatrudniony w bibliotece, która w wyniku pożaru straciła znaczną część swoich zbiorów i w następstwie otrzymała mnóstwo nowych książek, które nie były wprowadzone do katalogu. Praca polegała na czytaniu książek z działu dziecięcego i ocenianiu, czy nadają się dla młodego czytelnika. I co? I ten chłopak zrezygnował z tej posady bo nie mógł znieść robienia przez cały dzień tego samego. 🙂

    • Myślę, że kiedyś ludzie byli inaczej zestresowani i reakcje fizjologiczne były ciut bardziej dostosowane do realnych potrzeb. Stres powoduje np. gromadzenie kilogramów (właśnie dlatego, że możliwe że będziesz ich potrzebować w obliczu głodu czy wojny), wydzielanie adrenaliny, kortyzolu – to wszystko przydaje się w takich sytuacjach, o jakich piszesz, ale nie koniecznie w trudnej sytuacji w pracy. Być może ewolucyjnie nie nadążyliśmy za zmianą życia. Natomiast stoicy opisują już baaardzo podobne problemy do naszych, żeby nie powiedzieć IDENTYCZNE. Polecam poczytać w tym aspekcie „Sztukę życia według stoików” – bardzo fajne zestawienie różnych fragmentów z komentarzami, dotyczącymi naszych czasów.

      Historia z bibliotekarzem – super. 🙂 Wydaje mi się, że zrezygnował dlatego, bo wszyscy potrzebujemy dawki kreatywności w życiu, czyli nowego, spontanicznego i świeżego działania. Ciągła odtwórczość w końcu doprowadza do frustracji, bo nie korzystamy ze swojego naturalnego, ludzkiego potencjału. 🙂 A z czego ta historia?

      • Chętnie przeczytam – jest coś kojącego w tym, że nasze problemy są tak bardzo uniwersalne. Historię usłyszałam na zajęciach z kursu psychoterapii – też akurat rozmawialiśmy o stresie.

        • No właśnie, mnie to na zmianę wprowadza w zakłopotanie i uspokaja – naprawdę ludzkość od tylu, tylu lat ma… te same problemy. 🙂 Tyle mówi się o różnicach pokoleniowych, a paradoksalnie 2000 lat temu też się o nich mówiło! A jeśli tak, jeśli pewne rzeczy towarzyszą ludziom od wieków, to znaczy że są naturalnym etapem rozwoju każdego człowieka. Nie ma się więc co przejmować, a po prostu traktować je jak etap, który można mieć za sobą. 🙂

  • Szukanie najgorszego możliwego scenariusza, to coś, co wydaje się tak proste, a jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy! Dzięki! Myślę, że teraz będę już trochę inaczej patrzeć na wiele stresujących sytuacji 😉

  • Qursantka

    Bardzo fajny artykuł, tylko gorzej komuś to przetłumaczyć. Szczególnie jak ten ktoś jest z typów – ale to i tak nic nie da …. Mój poziom stresu się wtedy podnosi XD

  • Ten tekst to świetne przypomnienie rzeczy, które często już wiemy, ale musimy je odpowiednio często sobie powtarzać 😉 Wszystko po to by ze stresu nie zwariować. Mi się często zdarza zapominać, że świat się nie zawali, a perfekcjonizm mi niestety całe życie towarzyszy, chociaż ostatnio starannie z nim walczę 😛

  • Sieriozna

    Mi zdecydowanie brakuje najbardziej endorfin z ruchu. Jednak przez to, że w dzieciństwie byłam przymuszana do uprawiania sportu oraz oceniana i wyśmiewana, w tej chwili bezcelowy ruch (tylko po to żeby poćwiczyć) budzi we mnie raczej reakcję stresową, niż radość, zmęczenie mnie bardzo frustruje (czuję się wtedy po prostu bezsilna i chce mi się płakać). Czy znasz jakąś technikę, która pozwoliłaby się uporać z traumą tego typu, psychicznie oczywiście ale również fizycznie? Obawiam się, że mimo dbania o higienę psychiczną, moje ciało potrzebuje takiego rozluźnienia, bo jest ciągle spięte i zaczynają mi dokuczać problemy z kręgosłupem. Nie mam uprzedzeń co do samego ruchu, lubię jogę, rower, narty, pływanie. Nie dam rady po prostu przezwycięzyć tego smutku który temu towarzyszy i nie potrafię też towarzyszyć komuś w tych aktywnościach, kiedy choć wspomni o tym, że to dla zdrowia/ruchu itp.

    • Wiesz co… z ruchem mam podobnie, też ze względu na doświadczenia z dzieciństwa nie kojarzył mi się dobrze… W końcu przekonał mnie mój partner. Kiedyś nie wyobrażałam sobie ćwiczyć w czyjejś obecności, a już na pewno nie mojej drugiej połówki, a dzisiaj to on mnie trenuje, bo ma zdecydowanie większą wiedzę. Jestem zdania, że nic nie należy robić na siłę. Jeśli mamy jakąś traumę, owszem, możemy z nią walczyć, ale myślę, że walcząc z różnymi rzeczami, trochę sami je wzmacniamy. Można po prostu przenieść energię na inne pole – zająć się taką aktywnością, która będzie nas cieszyć, ale to już wiesz.
      Piszesz, że jest sporo aktywności, które lubisz, ale jednocześnie że towarzyszy temu smutek. Czy może nie jest tak, że przywiązałaś się bardzo do tej myśli i tego żalu z dzieciństwa? Że mogłabyś się oddać po prostu przeżywaniu fajnych momentów na jodze albo nartach, ale gdzieś tam jest dalej ten żal do kogoś, że TO PRZEZ NIEGO nie jesteś w stanie oddać się ćwiczeniom z uśmiechem? Trzeba wybaczyć, bo to wszystko projekcja naszego umysłu i ten żal nas zatruwa. Pomyśleć: ok. Wszystko miało mnie czegoś nauczyć. To DOBRZE, że miałam takie doświadczenia – dzięki temu mogę lepiej zrozumieć innych w podobnej sytuacji, albo np. zobaczyć że przywiązuję się do takich uczuć jak żal, który nie pozwala mi potem na szczęście i bycie tu i teraz. <3 Z tej perspektywy patrząc, czy ktoś mógłby zrobić Ci lepszy prezent?
      Mówię o tym z własnych doświadczeń. Może będą podobne do Twoich. 🙂 Piona i do przodu, przesyłam dużo dobrego!

      • Sieriozna

        Dziękuję. Miałam w życiu sporo do przepracowania, również żal i zdaje mi się, że się go pozbyłam – podejściem do życia typu „wszystko to tylko materiał, a ocena to wybór”, więc i walka nie ma sensu i przywiązywanie się do przeszłości, tym bardziej obwinianie kogoś o coś. Nie podchodzę do tego „a jakby tak się nie stało to coś tam”, tylko że ja naprawdę nie lubię się męczyć 😉 W innych dziedzinach to jest łatwe – nie skupiasz się na chęci działania, tylko na działaniu. A skupianie się na działaniu w przypadku sportu jest dla mnie okropne! Bolą mięśnie, ciężko złapać oddech itp. więc w tym przypadku wchodzą tylko ćwiczenia bardzo lekkie. Może rzeczywiście powinnam po prostu zacząć od najniższego możliwego zakresu ruchu, kręcić nadgarstkami, albo coś 😀 Albo… znaleźć w tym coś, co jest przyjemne, może ja po prostu patrzę na to w niewłaściwy sposób, nie znalazłam bezpośrednich relacji osób piszących o tym co im sprawia przyjemność w trakcie uprawiania sportu, które by do mnie przemawiały? Brak świadomości, ślepota, to może być to, czasami trzeba się wspomóc emocjonalną teorią, jeśli jedyny-właściwy szlak jest mocno przetarty:)
        Rozumiem co masz na myśli z motywowaniem przez partnera. To cudowne, jak miłość i bliskość może wpływać na nas pozytywnie w kontekście własnego samorozwoju. I moja relacja też tak na mnie wpłynęła, zwłaszcza przez pierwsze kilka lat i w różnych dziedzinach. Mój partner rzeczywiście sport lubi, czynnie biega, robi ćwiczenia siłowe. Zabiera mnie czasem na spacer, na rower, wycieczki, ale szczerze powiedziawszy dopóki się skupiam na spędzaniu czasu z nim – jest ok. Jak tylko zacznie temat, że mogłabym uprawiać więcej sportu to mi się robi niedobrze, choć wiem że on chciałby dobrze;) Sam też nie potrafi mi powiedzieć, co w tym takiego fajnego. Muszę się zatem zabrać za szukanie i czytanie, bo mój kręgosłup przejął tę retorykę i też mnie ciągle upomina.

        • Ja też jeżdżąc na rowerze, szybko maszerując albo nawet machając kettlem nie skupiam się na ćwiczeniach – to dla mnie nudne i demotywujące (za to mój partner uwielbia ekscytować się czuciem i obserwowaniem każdego mięśnia, który pracuje – nie rozumiem, ale szanuję :D). Ja raczej koncentruję się na emocjach, przeżywaniu, tym że jest mi fajnie – jak super mi się jedzie, jak wiatr mnie fajnie muska, jakie mijam miejsca, na spacerze zwykle rozmawiam, a jeśli idę sama to rozmyślam lub słucham audiobooka, ćwicząc kettlem „jestem” muzyką i tym dynamicznym ruchem – wcale nie skupiam się na ćwiczeniu 🙂
          Nie każdego w ćwiczeniach musi pociągać to samo 🙂 Rób po prostu to, co sprawia Ci przyjemność. 🙂

  • Świetnie się czyta ten tekst (punkty za poczucie humoru!) i jest prawdziwą kopalnią wiedzy o stresie. Chętnie poczytam jeszcze. Najeżyłam się tylko 😉 na określenie mindfulness jako „niemyślenia”. A potem zwróciłam uwagę na rozróżnienie między „mindfulness” i „uważnością” (piszesz „mindfulness i uważność”). To ciekawe: czym się dla Ciebie różnią?
    Ps.: Aha, i jeszcze co do tej pracy „bezstresowej”… Słyszałam kiedyś o eksperymencie, gdzie postanowiono ludziom w jakiejś firmie stworzyć „idealne” warunki do pracy i stopniowo eliminowano wszystkie czynniki uważane za stresogenne. Okazało się jednak, że poziom odczuwanego przez nich stresu… WZRÓSŁ! 😲 Stresujący był dla nich brak wyzwań i wymagań…

    • Hej 🙂

      Poruszyłaś ciekawe tematy.

      Co do mindfulness i uważności: wiem, że te pojęcia często pojawiają się wymiennie. Ja myślę o nich tak, że uważność to skupianie się na byciu, działaniu (teraz), gdzie celem jest bycie obecnym, przeżywanie swojego życia, „obecne” istnienie, a gdy mówię o mindfulness mam raczej na myśli skupienie się na oczyszczeniu umysłu, ale w formie medytacji, wyciszenia, relaksu, zauważenia swoich myśli, by dać im płynnie odejść.
      Wydaje mi się, że w obu przypadkach skupiamy się na trochę innym celu, ale wspólnym efektem jest brak myśli. Natomiast rozumiem, jeśli dla kogoś te pojęcia są tożsame, bo tak jak pisałam to jakby dwie strony tej samej monety (jak dla mnie).

      Co do stresogennej sytuacji „bezstresowej”, myślę sobie, że może dlatego takie idealne warunki mogą budzić niepokój, bo przywykliśmy. Do sprawdzania się, nerwów, pośpiechu, ciągłego „za mało”, „za wolno”, „za słabo”. Gdy wszystko jest ok, podejrzewamy, że zaraz wszystko zwali nam się na głowę, jakby był to objaw podobny do ciszy przed burzą.

      Ja też to odczuwam: mój biznes jest w dużej mierze sezonowy i gdy przychodzi luźniejszy miesiąc i wszystko mam zrobione, czuję lekki niepokój – czy na pewno wszystko mam zrobione? Ale… na pewno mam wolne popołudnie? Czy może o czymś zapomniałam. Brak elementu, który występował codziennie przez wiele lat naszego życia nie może nie budzić niepokoju – tak myślę. 🙂

      Bardzo się cieszę, że tekst Ci się podobał i że napisałaś. Witaj na Zenblogu! PS. To ja mam jakieś poczucie humoru?

      • Sądzę, że jest tak, jak napisałaś: nagła zmiana budzi w nas niepokój, brak nam tego elementu, do którego przywykliśmy i oczekujemy „burzy”.

        To „niemyślenie” cały czas mnie uwiera… ale to już moźe o siebie o tym napiszę. 🙂 Bo to pewnie ostatecznie kwestia języka, nie faktów. Twoje wyjaśnienie jest dla mnie bardzo cenne. I to rozróżnienie. Pozdrawiam. 🙂

        • Ale uwiera ten kontekst, w którym użyłam tego słowa? Ja w ogóle myślę, że mówienie o kwestiach związanych z wewnętrzną sferą życia, żeby się dogadać, jest szalenie trudne! 😀 Za mało słów i zbyt mało celnie opisujące rzeczywistość.

          Daj znać co z tym uwieraniem (teraz lub kiedy napiszesz post), jestem ciekawa, co miałaś na myśli.

          • Do napisania postu to jeszcze trochę. Dopiero zaczęłam cykl „Elementarz medytacji”, a dla mnie medytacja zaczyna się od uważności w codzienności. Zanim dojdę do „formalnej” koncentracji na oddechu to hoho, a obserwacja myśli to jeszcze dalszy krok.
            Zatem tu Ci odpiszę: wg mnie nie ma czegoś takiego, jak „niemyślenie”. No chyba że mózg jest poważnie uszkodzony. W innej sytuacji on cały czas „produkuje” myśli i jedną z funkcji formalnej medytacji jest zauważenie tego i pogodzenie się z tym. Często wtedy te myśli schodzą na tak daleki plan lub są tak… zsynchronizowane, powiedzmy, z tym, co się dzieje tu i teraz, że WYDAJE NAM SIĘ, że nie myślimy. A skąd niby wiem, że nie myślę? 😉 Oto właśnie mój mózg skonstatował: „O! Nie myślę!”, czasem nawet z delikatnym elementem oceny: „Jak fajnie!” 😊
            Osoby medytujące często bardzo chcą osiągnąć (!) ten mityczny stan „niemyślenia” i – oczywiście – męczą się niesamowicie, bo przy wszelkiej walce z tym, co jest naturalne, to coś (tu: myślenie) się wzmaga.
            Czy teraz rozumiesz lepiej, co mnie uwiera?

          • Rozumiem, nie uwiera Cię nic w Twoim życiu, za to coś w tym jak ujmuję rzecz. Ale to może Cię zupełnie nie uwierać, bo to rzecz subiektywna. 🙂 Moich artykułów nie piszę autorytatywnie, a po prostu tak, jak czuję. Każdy może widzieć sprawy inaczej.
            „Niemyślenie” rozumiem w kontraście do nadmiernego myślenia – po prostu brak natrętnego przepływu myśli. Ten brak (faktycznie brak, dopóki nie zauważymy, że nie ma myśli), łatwo zaobserwować metodą strumienia świadomości – zapisujesz wszystkie napływające myśli (w formie strumienia świadomości, nie dokładnie) i w pewnym momencie widzisz, że są coraz rzadsze. Domyślam się, że mózg gdzieś w tle i tak pracuje. 😀 Ale chyba nie o to chodzi, by w ogóle przestał pracować. 🙂 Są coraz dłuższe przerwy między tym, co zapisujesz. Pisałam o tym tutaj, w podobny sposób do tego, jak Ty to opisałaś: http://zenblog.pl/2017/01/terapeutyczna-moc-pisania/

          • Ooo, dziękuję za link. 🙂 Nie trafiłam na ten artykuł sama. I znów miałam dziką przyjemność w czytaniu Twojego postu. Mrrr… 🙂 Przenoszę się pod tamten, bo tradycyjnie 😉 coś mnie zaskoczyło. Dzięki za dyskusję tutaj.

Kim jestem?

Aneta Kicman

Połowa duetu fotograficznego YOURSTORY.PL, freelancerka, absolwentka filologii polskiej, optymistka, miłośniczka roślinnego jedzenia i życia w zgodzie ze sobą.

Ostatnie posty

Tagi

Najpopularniejsze posty

Kontakt ze mną

Czego słuchać w trakcie pracy?

Instagram